::. Pomorze Zachodnie .:: Dzisiaj jest
AUTO-ŚWIST
Strona Główna | Samorządy  :: Gminy  :: Miasta  :: Powiaty | Informacja Publiczna  :: Biuletyny BIP  :: Instytucje i Urzędy Państwowe  :: E-urzędy  :: Lokalne centra certyfikacji  :: Przetargi  :: Związki  :: Stowarzyszenia  :: Kościoły i Związki wyznaniowe  :: Uczelnie | Biznes  :: Gospodarka Morska  :: Rolnictwo  :: Transport  :: Komunikacja  :: Usługi  :: Motoryzacja | Kultura i Rozrywka  :: Książnice i Biblioteki  :: Muzea i Wystawy  :: Teatry  :: Kina | Nasz Region  :: Ludzie Regionu  :: Reportaże  :: Publicystyka  :: Wywiad z...  :: Wydarzenia  :: Sport  :: Media | Ogłoszenia | Turystyka i Wypoczynek | O nas | Hity Serwisu  :: Gorący temat |

Nowe Pomorze Zachodnie już za...

Zapraszamy również na pomorzezachodnie.tv-polska.eu

dni
godzin
minut
sekund
::. Szukaj w serwisie:   Po wyników
..:: Biznes ::..
Północna Izba Gospodarcza w Szczecinie
Ważne telefony
ZWiK Szczecin




..:: Instytucje ::..
Urząd Wojewódzki w Szczecinie
Urząd Miejski w Szczecinie
Komenda Wojewódzka Policji w Szczecinie
Urząd Miasta Świnoujścia

« Wstecz

Z EWĄ NAWROCKĄ rozmawia RYSZARD ULICKI
PoniedziałEk 31 Marzec 2008

O blaskach i cieniach aktorstwa,płci polskiego teatru i marzeniach kobiety, którą uwiodła scena.

z EWĄ NAWROCKĄ

rozmawia RYSZARD ULICKI

- Za każdą decyzję życiową lub wybór trzeba zapłacić jakąś cenę. Co jest, twoim zdaniem, ceną za uprawianie zawodu aktora?

- Wieczna niepewność. Ciągle się denerwowałam, czy dostanę upragnioną rolę lub jakakolwiek rolę. Czy będę w ogóle pracowała, co będzie z moim dzieckiem? Co mąż na to, że ciągle jestem zajęta? Co będzie z domem, gdzie będę mieszkać? I tak na okrągło. Mimo upływu czasu nadal czuję tę niepewność, a gdy człowiek się starzeje i zostaje sam, dopada go na dodatek to straszne poczucie samotności. Tamto poczucie niepewności było zapewne inne. Potem miałam sporą przerwę w pracy i te czarne myśli dopadały mnie jeszcze bardziej. Teraz niby mam co robić, ale znowu jest niepewność. Sztukę, w której mnie obsadzono, gramy dwa dni w miesiącu, ale teraz przez dwa miesiące była przerwa. I znowu czekam pełna niepewności, kiedy stanę przed publicznością.

Ja, zapewne nie pierwsza w tym zawodzie, popełniam ten błąd, który polega na nieumiejętności powiedzenia sobie – STOP! Będę miała w przyszłym roku 55-lecie pracy artystycznej, więc powinno się odejść, lecz nie potrafię powiedzieć sobie – pass. Wiele osób, dla których się nie zestarzałam scenicznie, pyta mnie, dlaczego nie gram. To nie jest kokieteria, ale tak jest. Mam swoją publiczność, swoich fanów i mimo, że się już napracowałam, ten zawód ciągle mnie kusi. Całe dorosłe życie niezasłużenie – no, może nie całkiem - miałam opinię uwodzicielki, ale tak naprawdę to mnie uwiedziono. Tylko jeden raz, ale skutecznie. Uwiódł mnie teatr! I mimo niesprawiedliwych – też nie zawsze do końca – podejrzeń, byłam osobą wierną.

W teatrze koszalińskim przeżyłam 40 lat i tylko raz uciekłam do Szczecina na dwa sezony, ale nie powiem, dlaczego. Niech to pozostanie tajemnicą…no, trochę się przyznam – alkowy. Tu w Koszalinie było mi bardzo dobrze. I nadal jest mi dobrze, mimo tej nieustannej niepewności, która jest, moim zdaniem, największą i najdokuczliwszą ceną, jaką się płaci za uprawianie zawodu aktora, a aktorki w szczególności.

- Z tego, co wiem, miałaś dosyć nietypowy początek kariery aktorskiej…

- Nietypowy, ale też nie wyjątkowy w polskim teatrze. Mój talent aktorski odkryła znakomita polonistka z Liceum im. Dubois w Koszalinie – pani Wilczyńska. Pojechałam więc do Warszawy na ulicę Miodową, gdzie mieściła się i nadal się mieści Wyższa Szkoła Teatralna. Zdałam egzamin wstępny, ale stwierdzono, że nie mogę być przyjęta z powodu braku miejsc. Wtedy kolejny raz zapłaciłam za akowską przeszłość moich rodziców. W ten sposób w roku 1951 roku trafiłam na Uniwersytet Warszawski. Ciągnęło mnie do sztuki - bardzo dobrze malowałam i rysowałam. Zbyt długo się nie zastanawiałam nad wyborem, kiedy

zobaczyłam napis - Historia Kultur Materialnych i kiedy mnie przyjęto, okazało się , że to jest archeologia, którą zresztą prawie skończyłam, bo ojcu obiecałam na łożu śmierci, że skończę te studia. Miałam tam takich mistrzów jak Aleksander Gieysztor czy Kazimierz Michałowski… Tak naprawdę - kończyłam je ale w Poznaniu, bo z Warszawy wylano mnie, a właściwie przeniesiono, ponieważ nie chciałam napisać pracy na temat stalinowskiej koncepcji badań archeologicznych. Tam, w Poznaniu odkryłam bardzo znany, istniejący nadal teatr aktora i lalki „Marcinek” i stamtąd wyfrunęłam do teatru Ziemi Lubuskiej w Zielonej Górze. Był to rok 1957. Tam za trzecim podejściem przed komisją państwową przy Ministerstwie Kultury zdałam aktorski egzamin eksternistyczny. Promotorem – jeżeli mogę tak powiedzieć - moich wcześniejszych, niemiłych ale i zabawnych w jakimś sensie niepowodzeń egzaminacyjnych, był profesor Bohdan Korzeniewski, przewodniczący tej komisji, który zarzucił mi, że z moim wzrostem nie mam co robić na scenie. Kiedy wygłaszał tę druzgocząca dla mnie tyradę – wstał. Okazało się, że jest niższy ode mnie. I pan to mówi! – powiedziałam.Na trzeci egzamin poszłam w sukni do ziemi i w butach na 15 centymetrowych koturnach. Z Zielonej Góry wyfrunęłam do Białegostoku, a stamtąd w 1966 roku – do Bałtyckiego Teatru Dramatycznego imienia Juliusza Słowackiego w Koszalinie..

- Nie byłaś więc osobą, która już w wieku pięciu lat objawiała talent sceniczny lub miała nadzwyczajne inklinacje artystyczne…

- Jak każde dziecko recytowałam jakieś wierszyki, miałam dobry słuch, więc także podśpiewywałam i to mi zostało, a także się przydało, ponieważ w mojej karierze zdarzały się śpiewane, solowe wydarzenia artystyczne, w dobrym towarzystwie – repertuaru uwielbianego przeze mnie Bułata Okudżawy, a także role w takich choćby spektaklach muzycznych, jak „Kram z piosenkami” Leona Schillera czy „Niech no tylko zakwitną jabłonie” Agnieszki Osieckiej. Odpowiadając jednak na pytanie dotyczące moich dziecięcych inklinacji artystycznych, którymi wielu ludzi usprawiedliwia lub uzasadnia późniejszy wybór kariery artystycznej powiem, że w moim życiu nie było na nie czasu. Moje dzieciństwo to okupacja – prawdziwe piekło. Powstanie Warszawskie. Utrata dachu nad głową i całego dobytku rodziców. Jakiś czas uczyłam się u sióstr przy ulicy Pięknej, na tyłach Marszałkowskiej. Tam panowały surowe obyczaje i niemal klasztorne reguły. Moja młodość była naznaczona, delikatnie mówiąc, dolegliwościami, które stanowiły następstwo akowskiej karty życia moich rodziców. Przenoszono nas do coraz gorszych mieszkań, a rodzicom odbierano szansę na ludzkie życie. Poznałam „wygody” aresztu na ulicy Jedności w Koszalinie, kiedy jako osoba o „niepewnym” pochodzeniu znalazłam się w mieszkaniu jeszcze bardziej „niepewnych” ludzi należących do „nieprawomyślnej” wówczas organizacji studenckiej.

- Czy był ktoś taki - reżyser lub aktor – kto w jakiś sposób wpłynął na ukształtowanie się twojej sylwetki artystycznej – twojego aktorstwa?

- Był to Jerzy Zegalski, reżyser i dyrektor teatru w Białymstoku, uczeń Leona Schillera. On nadał szlif mojemu aktorstwu. Ja nie miałam przecież skończonej szkoły aktorskiej i uczyłam się od starszych kolegów. Wiele zawdzięczam również między innymi: Halinie Winiarskiej, Henrykowi Machalicy, Sławie Kwaśniewskiej. Miałam wielkie szczęście, ponieważ do Białegostoku za Zegalskim przywędrowała cała plejada znakomitych aktorów. Od każdego czegoś się nauczyłam. To później procentowało – zwłaszcza w Koszalinie. Dziś mogę powtórzyć to, co kiedyś powiedziałam znakomitej dziennikarce Oli Worsztynowicz. Otóż, kiedy inni aktorzy ”latali po kweście” wzdłuż i wszerz kraju, ja tu trwałam. Przez te wszystkie lata przecież nie przemykałam przez scenę z przysłowiową halabardą. Zagrałam wiele wspaniałych ról. Chyba nie obyła się żadna premiera bez mojego udziału. Oczywiście, były role lepsze i słabsze. Każda mnie jednak cieszyła, każda dawała satysfakcję. Na przykład w sześćdziesiątym szóstym roku, za czasów Lecha Komarnickiego, zagrałam główną rolę w „Paryżance” i odniosłam sukces. Potem nastąpił mój „złoty wiek” – lata siedemdziesiąte za dyrekcji Andrzeja Ziembińskiego i Jarosława Kuszewskiego, kiedy miałam możliwość współpracy z tak znakomitym reżyserem jak Maciej Prus. U niego zagrałam jedną z lepszych moich ról – Wścieklicową w „JKM Wścieklicy” Witkacego. Bardzo sobie też ceniłam pracę pod kierownictwem mojego przedostatniego szefa, Ryszarda Majora.

- Które z ról uważasz za perły w koronie twojej kariery?

- Bez przesady z tymi perłami i z tą koroną, bo czasem była ona cierniowa. Część z tych ról już wymieniłam. Ze względu na warunki fizyczne nigdy nie grałam koszykarek. Grałam jednak role znaczące i dostrzegane przez publiczność i krytykę. Miałam tego dowody. Na przykład, choć nie grałam w specjalnie na czterdziestolecie BTD przygotowanej „Iwonie, księżniczce Burgunda” Gombrowicza, to gdy po przedstawieniu jubileuszowym weszłam na scenę, by odebrać nagrodę wojewody - zerwał się huragan oklasków.

Czterokrotnie odniosłam zwycięstwo w plebiscycie na najpopularniejszego aktora organizowanym przez Towarzystwo Kultury Teatralnej. Nie potrafię wymienić wszystkich swoich kreacji scenicznych, bo jest ich ponad dwieście. Za Claire z „Pokojówek” Geneta i Wścieklicową z „Jana Macieja Karola Wścieklicy” Witkacego otrzymałam nagrody na Festiwalu Teatrów Ziem Polski Północnej w Toruniu. Grałam wspomnianą już główną rolę w „Paryżance”, Klarę w „Ślubach panieńskich”, Kloszardka w „Każdy kocha Opanię” Patricka, Starą w „Krzesłach” Ionesco, Juliasiewiczową, a później – matkę chrzestną w „Moralności pani Dulskiej”, jedną z głównych ról w „Molierównie” Anouilha.... Z okazji 45-lecia pracy aktorskiej wystąpiłam w „Zbrodni z premedytacją” Gombrowicza.

- Życie aktorki nie jest usłane wyłącznie różami i innymi dowodami uwielbienia ze strony publiczności. Ma swoje ciemne strony. Należą do nich tak zwane „wpadki”…

- Swoich nie pamiętam. Chyba, że coś zmyślę. Chętnie jednak opowiem o wpadkach moich przyjaciół. Będą mi zapewne wdzięczni. Raz było tak, że mój kolega (z powodu wrodzonej dyskrecji nie podam jego nazwiska) z teatru w Zielonej Górze strasznie się upił podczas wyjazdu w tak zwany teren. Wykonano wszystkie znane na świecie zabiegi reanimacyjne, włącznie z cuceniem przy pomocy amoniaku. Mieliśmy we dwójkę taką scenę – grałam biedną nauczycielkę, która mieszka na poddaszu i do niej się zaleca osobnik, który ma na imię Stanisław. Tak się złożyło, że ów kolega w życiu miał takie samo imię jak i w roli. Wszedł na scenę, usiadł na zydelku, zdjął melonik i nagle, wyraźnie cierpiący, zwrócił się do publiczności: ludzie, jak mi niedobrze – i zamilkł, pogrążony w pijackiej zadumie, a ja na to: Stachu, ale miałeś mi coś powiedzieć, a on na to: a ono właśnie! Chcąc ratować sytuację, pospieszyłam mu z pomocą. - Ja wiem, co ty miałeś powiedzieć - prawie wykrzyknęłam i po chwili za niego wyrecytowałam ten jego monolog, co nie poprawiło sytuacji, więc zdesperowana zaproponowałam, by zszedł ze sceny, a on na to: o nie! Jest mi bardzoniedobrze, ale muszę wykonać normę. Co oznaczało, że musi odpracować to minimum aktorskie, które wpisane jest do angagemage.

Inna „wpadka”, którą dobrze zapamiętałam, przytrafiła się mojemu dobremu koledze Krzysiowi podczas jednej z premier, na którą przybyli miejscowi notable. Miał on wejść na scenę, by zagrać postać człowieka zdenerwowanego i zmęczonego poszukiwaniem innego bohatera wystawianej wtedy sztuki. Po wtargnięciu na scenę miał zapytać, a nawet wrzasnąć: gdzie jestten hultaj Filutowski? Jako wytrawny aktor miał opanowaną technikę wprawiania się w stan zadyszki, która polegała na tym, że na kilka minut przed wejściem na scenę opierał się rękoma i czołem o ścianę i tak długo napierał, aż osiągał stan widocznego zmęczenia, ale to ćwiczenie tak go wówczas wyczerpało, że wpadł na scenę i zapytał zasapany (myląc literę i nie wymieniając nazwiska poszukiwanego bohatera): gdzie jest tenh...taj? Raz jeszcze powtórzył to samo, po czym, bardzo już zdenerwowany, powiedział: a h.. z nim! Dyrektor teatru z wrażenia zarządził półgodzinną przerwę.

Pamiętam też pewnego bardzo pięknego aktora, z którym pojechaliśmy do Świnoujścia. Była tam niezwykle wysoka scena, zagrażająca upadkiem, zwłaszcza, że ten amant często bywał w stanie wskazującym na spożycie. Tak też było i wtedy. Kiedy weszliśmy na scenę, na sali panował, niestety, gwar. Mój poirytowany i pobudzony partner, nie bawiąc się w ceregiele, wrzasnął: troszeczkę kultury do jasnej cholery, a jak nie - to paszołwon do domu - i zrobiła się cisza, która trwała do końca przedstawienia

- Kiedy rozmawiam z tobą o teatrze, najczęściej jednak przywołujesz nazwiska mężczyzn. Aż kusi mnie, by zapytać zatem: jakiej płci jest teatr polski?

- Moim zdaniem, teatr powinien być męski. Mężczyzna na scenie zawsze jest bardziej interesujący niż najlepsza aktorka. W moich czasach jednak teatr był żeński. Dla kobiet pisano specjalne role, a na scenach rządziły wielkie damy, takie jak choćby Nina Andrycz. Dziś jest inaczej – choćby w serialach, gdzie jest na ogół fivty – fivty. Nawet w kryminałach zaczynają się pojawiać urocze asystentki policjantów – twardzieli. W teatrze jednak mężczyźni potrafią łatwiej zabłysnąć. Aktorka musi mieć to „coś”, co ma aktor i do tego jeszcze powinna być piękna, oszałamiająca, sexi i tak dalej. Nawet, jak ją obsadzą w roli garkotłuka. Proszę jednak nie brać tego, co mówię, za rodzaj wykładu akademickiego. Aktorstwo – jak to się kiedyś śpiewało w pewnej kresowej piosence - czy to męskie, czy tożeńskie – powinno mieć jeden wspólny mianownik – wysoki poziom. A to oznacza sporo talentu i potwornie dużo ciężkiej roboty. O roli mężczyzny w teatrze świadczy statystyka stanowisk kierowniczych i reżyserskich. Ja na przykład miałam w Koszalinie 12 dyrektorów i wszystko same chłopy. W większości znakomite. I tak jest w większości polskich teatrów

- Czy ten twój aktorski „chłopocentryzm” nie jest potwierdzeniem tego, co mówiło się i mówi o tobie się nadal „na mieście”?

- A co się mówi? Nareszcie zaczyna być ciekawie!

- Mówi się, że byłaś i nadal jesteś – delikatnie mówiąc – uwodzicielką, do czego sama już trochę się przyznałaś. Kilka dni temu w Warszawie pewien przepięknej urody mężczyzna z wypiekami na twarzy wypytywał o ciebie mnie i jedną z twoich teatralnych koleżanek.

- No cóż, pewnie chcesz wiedzieć, ilu miałam narzeczonych. Mnie podejrzewano o pół Koszalina, ale tak naprawdę, to była spora przesada Opowiadano, że rozbijałam małżeństwa, że głodowały przeze mnie dzieci. Miałam w życiu tylko jednego męża. Był nim znakomity tenor, ale małżeństwo trwało zaledwie rok. Umówiliśmy się, że w tym związku jest za dużo o jedną wybitną osobowość artystyczną. Był to jednak udany i szczęśliwy związek, bo w nim się spełniłam macierzyńsko i urodziłam syna. Przez wiele lat pozostawałam w pięknym związku z Jerzym Zegalskim. Doliczam się około 10 narzeczonych, którzy liczyli się w moim życiu. Z obserwacji własnych, otrzymywanej korespondencji, nocnych telefonów i strzelistych deklaracji przy barze w Koszalińskim Biurze Wystaw Artystycznych wynika, że ta wymieniona liczba stanowi zaledwie szczyt góry lodowej przynajmniej stukrotnie większej liczby oświadczyn, z których wynika, że to ja dla ich autorów byłam osobą liczącą się w ich życiu uczuciowym. Wielu z nich kusiło mnie małżeństwem. Prawdę mówiąc, byłam kilka razy bardzo zakochana, ale nie miałam szczęścia w miłości. Wiele razy czułam i wiedziałam, że jestem kochana, uwielbiana, podziwiana i pożądana, ale gubiła mnie ta moja niepewność – czy to jest ten człowiek, przy którym chciałabym się zestarzeć?

- No właśnie – jaki masz stosunek do wieku, starości – do nieubłagalnego upływania czasu? Do tych niezależnych od nas czynników zmniejszających nasze szanse życiowe i artystyczne…

- Nie wyglądam na swoje lata i nie czuję się stara i dlatego się jeszcze pcham do teatru, bo to było, jest i będzie moje życie. A że mam nadal coś do powiedzenia, niech świadczy moja niewielka, ale dająca mi wiele satysfakcji rola teściowej w „Od czasu do czasu” nagradzana brawami i salwami śmiechu. Ja znałam wielu „młodych – starych”. Zgorzkniałych trzydziestolatków. Stękających, narzekających. Mam nadal taką siłę wewnętrzną, że jeszcze sobą zaskoczę moją ukochaną publiczność.

Moją drugą pasją zawsze było malowanie. Wiele obrazów, które namalowałam, można było zobaczyć w czasie mojego benefisu w roku 1994. Wystawiłam je obok prac mojego syna Jacka oraz mojej przyjaciółki Ewy Krechowicz – Major. Po przejściu na emeryturę musiałam malarstwo rzucić, bo to cholernie kosztowne zajęcie. Ale teraz postanowiłam wrócić do malowania przy użyciu dużo tańszego medium, jakim jest węgiel. Zauważyłam, że spora część świata nadal jest czarno-biała i taką pozostaje, nawet jeżeli bardzo staramy się ją podmalować, jak to się robi zupełnie niepotrzebnie ze starymi, dobrymi filmami.

- Być może się mylę, ale zawsze podejrzewałem, że aktorstwo jest przywilejem ludzi obdarzonych wielką wyobraźnią i że pozwala ono w pewnym – wcale nie małym zakresie - realizować bardzo intymne marzenia – właśnie poprzez wcielanie się w role różnych postaci, których my, ludzie widowni, nigdy nie zagramy. Jak to jest z twoimi marzeniami?

- W trzeciej połowie mojego życia pierwszym marzeniem jest wyjść za mąż za milionera, a drugim – umrzeć na scenie. Pierwsze jest bardziej realne od drugiego, ponieważ, niestety, coraz rzadziej znajdują dla mnie jakąś rolę. To mnie skazuje na bardzo długie życie, a długość życia zwiększa moje szanse na spotkanie owego milionera.

Kiedy wędruję marzeniami na scenę, ciągle mylę o „Wizycie starszej pani” – ale teraz preferuje się sztuki małoobsadowe. Chciałabym jeszcze zagrać w komedii lub parodii. Zawsze mnie fascynowało aktorstwo usytuowane na pograniczu wielkiego śmiechu i wielkich łez. Bo papierkiem lakmusowym wartości każdego dzieła jest wzruszenie. A ono jest liną rozpiętą między radością i rozpaczą. Między śmiechem i łzami – czasem łzami wzruszenia i radości. Znam smak tych stanów. Miałam też szczęście wywoływać je u innych. Przepraszam, że się tak filozoficznie rozgadałam, ale aktorstwo to nie tylko cena, którą się za nie płaci – to także wielka satysfakcja i radość, czasem sukces, popularność – najrzadziej: pieniądze. Jestem prawie pewna, że to jest ostatnie prawdziwe powołanie, bez żadnych przysiąg Hipokratesa. Czy ktoś słyszał, żeby aktorzy straszyli, że odejdą od krzeseł widowni?

Nie tylko grają za kiepskie pieniądze, pracują po 18 godzin na dobę, ale także w muzealnych często autobusach jeżdżą po tak zwanym terenie, którym jest dla nich cała Polska. I jeszcze kochają swój zawód. Do końca życia…

- Serdecznie dziękuję za rozmowę i życzę spełnienia marzeń.

Wasze opinie + Dodaj Komentarz
» Gość: f51LwISLKN6p, 2013-09-08 04:45:52
» Gość: 78yZp21mS1CE, 2013-09-06 16:15:59

nasz kanał TV

E-Urząd

Ogłoszenia

Ogłoszenia

Forum dyskusyjne Pomorza Zachodniego

 

Pomorzezachodnie.pl
Dodaj do ulubionych
Poleć znajomemu
Ustaw jako startową



Nasz serwis odwiedziło
15505158
Gości

Kanał RSS Pomoc RSS
 
Copyright by` WTF Alfa Sp. z o.o. Wszystkie prawa zastrzeżone.
Korzystanie z serwisu oznacza zgodę na wykorzystywanie plików cookie, z których niektóre mogą być już zapisane w folderze przeglądarki. Nie pokazuj więcej tego powiadomienia