::. Pomorze Zachodnie .:: Dzisiaj jest
AUTO-ŚWIST
Strona Główna | Samorządy  :: Gminy  :: Miasta  :: Powiaty | Informacja Publiczna  :: Biuletyny BIP  :: Instytucje i Urzędy Państwowe  :: E-urzędy  :: Lokalne centra certyfikacji  :: Przetargi  :: Związki  :: Stowarzyszenia  :: Kościoły i Związki wyznaniowe  :: Uczelnie | Biznes  :: Gospodarka Morska  :: Rolnictwo  :: Transport  :: Komunikacja  :: Usługi  :: Motoryzacja | Kultura i Rozrywka  :: Książnice i Biblioteki  :: Muzea i Wystawy  :: Teatry  :: Kina | Nasz Region  :: Ludzie Regionu  :: Reportaże  :: Publicystyka  :: Wywiad z...  :: Wydarzenia  :: Sport  :: Media | Ogłoszenia | Turystyka i Wypoczynek | O nas | Hity Serwisu  :: Gorący temat |

Nowe Pomorze Zachodnie już za...

Zapraszamy również na pomorzezachodnie.tv-polska.eu

dni
godzin
minut
sekund
::. Szukaj w serwisie:   Po wyników
..:: Biznes ::..
Północna Izba Gospodarcza w Szczecinie
Ważne telefony
ZWiK Szczecin




..:: Instytucje ::..
Urząd Wojewódzki w Szczecinie
Urząd Miejski w Szczecinie
Komenda Wojewódzka Policji w Szczecinie
Urząd Miasta Świnoujścia

« Wstecz

O młodym polskim kinie, jego miejscu na kulturalnej mapie kraju, o dylematach ludzi teatru i mediów publicznych w czasach antykryzysowych cięć oraz o Koszalińskim Festiwalu Debiutów Filmowych ̶
PoniedziałEk 11 Maj 2009

Dokument bez tytułu

O młodym polskim kinie, jego miejscu
na kulturalnej mapie kraju,  
o dylematach ludzi teatru i mediów publicznych
w czasach antykryzysowych cięć
oraz o  Koszalińskim Festiwalu Debiutów Filmowych
Młodzi i Film”

 z JANUSZEM KIJOWSKIM rozmawia RYSZARD ULICKI

 - 20 października 2003 Dziennik Internetowy PAP podał, że Janusz Kijowski został wybrany spośród 8 kandydatów na nowego dyrektora teatru w Olsztynie. Musiała zadziałać jakaś mocna motywacja, by stanąć do walki o tę właśnie instytucję artystyczną. Co się takiego stało, że człowiek, o którym się mówi, iż już wiele lat temu zaznaczył swoje miejsce w historii polskiego kina, bierze na siebie mało wdzięczny – z uwagi na szczególną chybotliwość dyrektorskich stołków w polskich teatrach – obowiązek i trud administrowania obiektem solidnie już wyeksploatowanym?
- O chybotliwości stołków dyrektorskich wtedy jeszcze nie wiedziałem. Nawet nie myślałem na ten temat. Dopiero nowsze czasy sprawiły, że to jest tak bardzo saperska robota. Wtedy moją główną motywacją było to, że przez dziesięć ostatnich lat, prowadząc Studio Filmowe im. Karola Irzykowskiego straciłem motywację do pracy, ponieważ okazało się, że jestem klientem głównie Telewizji Polskiej S.A. i że moja praca polega na antyszambrowaniu. Co mądrzejsi koledzy podpowiadali, że zamiast stać w tych korytarzach dyrektorów telewizji czy też redaktorów – powinienem tam przychodzić z kopertami. Ponieważ nie udało mi się przekonać siebie do takiego postępowania, w związku z tym wprowadzenie do produkcji każdego nowego tytułu zabierało mi dwa do trzech lat., co – na mój temperament – było zdecydowanie za długo. Na dodatek widziałem klęskę niektórych młodych filmowców. To była chora sytuacja - młody filmowiec składał mi scenariusz i ja przez pięć lat nie byłem w stanie mu załatwić debiutu. Stawał się więc starym, zgorzkniałym zgredem, a nie młodym filmowcem. Jego scenariusz, który wydawał mi się pięć lat temu nowatorski i ciekawy i oryginalny – był po tym „wyczekiwaniu” obiektem nadającym się do recyklingu, czyli – przetwórstwa wtórnych materiałów.
            Zmęczyła mnie Warszawa, zmęczyło mnie to towarzystwo, zapragnąłem miejsca, w którym będę mógł realizować swój program artystyczny. I okazało się, że takim miejscem jest teatr poza Warszawą, jak to się mówi – na prowincji, chociaż, oczywiście, używam tego słowa w szlachetnym znaczeniu.
            W momencie, kiedy objąłem dyrekcję, zacząłem realizować dwanaście-szesnaście tytułów rocznie, czyli tak, jakbym był producentem  dwunastu-szesnastu filmów rocznie. A to już jest fabryka, która stwarza warunki do ułożenie jakiegoś projektu, zwłaszcza jeżeli jesteś w stanie zainspirować i ściągnąć do Olsztyna, przekonanych do pewnych tytułów reżyserów, scenografów, zaangażować nowych artystów, wykonawców, aktorów itd., itd. W takich warunkach coś od ciebie zależy i możesz mieć takie przeświadczenie, że realizujesz jakiś życiowy program artystyczny. I to mi się bardzo spodobało. To jest praca przynosząca satysfakcję, co tu dużo mówić.
            No więc w 2003 roku wystartowałem w tym konkursie. Mogę się przyznać tylko do jednego grzechu – do tego, że, zanim podjąłem tę decyzję, zadzwoniłem do mojego przyjaciela Walka Dąbrowskiego, który był wtedy ministrem kultury i się go poradziłem, tak jak się go radziłem wielokrotnie wcześniej i później – w wielu życiowych sprawach. Mówię do niego – co ty o tym sądzisz, a on – zastanowił się  i mówi: bardzo dobry pomysł. I na tym oparłem ważną życiową decyzję – bo to była taka decyzja – przenosiny, zupełnie inny świat, inne miejsce na ziemi. Ale, oczywiście, nikt mi nie wierzy, że wygrałem ten konkurs, tak, jak się nie wierzy w ogóle w konkursy w Polsce, w to, że one mogą przebiegać w sposób nieskorumpowany. Ale trudno, wydaje mi się, że to już w tej chwili nie ma żadnego znaczenia. Na początku – miało, dlatego że wielu mówiło: no, tak, Kijowski sobie załatwił … Ale po pół roku, po roku – przekonałem lokalnych notabli, miejscowe władze, inteligencję i artystów teatru, że nie był to „numer” i że nie było to szukanie sobie synekury

- Strasznie mnie kusi, żeby zapytać na ilu „instrumentach” potrafisz grać. Ukończyłeś wydział historii Uniwersytetu Warszawskiego. Już podczas studiów zacząłeś uprawiać dziennikarstwo z górnej półki czyli krytykę filmową. Potem kończysz wydział reżyserii Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej w Łodzi. W sensie dosłownym wirtuozersko grasz na gitarze i fortepianie. Śpiewasz jak duet Wysocki – Okudżawa. Piszą o tobie: reżyser filmowy i teatralny, aktor, scenarzysta, producent, bo tak jest. Na dodatek jesteś doktorem habilitowanym i profesorem Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego. Pozwolisz, że resztę bardzo ważnych i poważnych funkcji oraz ról społecznych zamieścimy w notce biograficznej. Kim więc jest Janusz Kijowski we własnej, najbardziej osobistej ocenie?
- Może zacznijmy od pewnego odkłamania rzeczywistości. Ja wywodzę się z bardzo muzykalnej rodziny. Mój dziadek , przedwojenny socjalista, pepeesowiec, podczas wojny jako konspirator musiał się ukrywać . Oczywiście, jako Polakowi, przychodziło mu to łatwiej niż gdyby był Żydem. Przygarnął go ksiądz – na parafię. Ponieważ dziadek grał świetnie na pianinie, w ogóle na klawiszach, bardzo szybko się dał namówić, żeby zostać organistą w kościele. No i – jako socjalista – wypełniał tę funkcję do ostatnich swoich dni. Umarł 1 maja 1968 roku. Rodzina dziadka ze strony matki była bardzo liczna  i wszyscy na czymś grali. Miałem takiego wujka Mariana, który grał na siedemnastu instrumentach, moja mama od dziecka mnie i mojego starszego brata goniła do pianina. Z bratem się udało – był pokorniejszy i skończył klasę klarnetu w średnie szkole muzycznej. Gra na pianinie i na sześciu albo siedmiu innych instrumentach i nadal jest muzykalnie czynnym człowiekiem, mimo tego, że jest profesorem fizyki teoretycznej w PAN. Jest takim trochę Einsteinem – na warunki polskie. Nie wiadomo, co mu tam „w głowie chodzi”, ale jest to bardzo mądre i  bardzo skomplikowane. Ale przede wszystkim – wypowiada się w muzyce. Natomiast mnie bardziej ciągnęło do piłki, do podwórka i dziewczyn na tym podwórku i ze mną  mamie nie udał się ten edukacyjny eksperyment. W związku z tym – zostałem umiarkowanym kaleką muzycznym, który  muzykę bardzo lubi, kocha  i szanuje… Gram na gitarze, ale mówiąc szczerze – akompaniuję, potrafię akompaniować sobie na fortepianie, na klarnecie strasznie lubiłem grać, bo się snobowałem na mojego starszego brata, ale po roku nauki – złamał mi się instrument i … Rozumiesz, wielu rzeczy próbowałem, ale zostało z tego niewiele. Natomiast – na pewno została mi miłość. Miłość do muzyki, do śpiewania… Kiedyś, w czasach studenckich, nawet występowałem w warszawskich klubach studenckich i śpiewałem, głownie Okudżawę , Wysockiego i Galicza…
Tak było i jest z muzyka w moim życiu. Co się zaś tyczy tego doktoratu i habilitacji – to trudno go nie mieć, jak się ma tyle lat co ja i uczyło się w Brukseli, w Paryżu, w Berlinie i w Łodzi, w szkole Filmowej… Ta praca skończyła się otwarciem i pomyślnym zakończeniem przewodu doktorskiego i habilitacyjnego…
Czy jestem krytykiem? Ja w zasadzie jestem pyskacz i jak coś mnie wkurza, to muszę powiedzieć, co mi doskwiera, w związku z tym - piszę , a że odebrałem porządne, klasyczne wykształcenie, to znam gramatykę i ortografię i słownictwo polskie w miarę dobrze i pisanie nie sprawia mi kłopotów.
Tak naprawdę – scenarzystą też nie jestem, zostałem nim z przymusu, ponieważ nie ma w Polsce zbyt wielu przedstawicieli tego zawodu, więc sam sobie muszę pisać scenariusze.      Jestem reżyserem, no, ale co to znaczy być dzisiaj reżyserem? Jest nim ten, który reżyseruje „M jak miłość” i jest Andrzej Wajda! No, a między nimi jest taka rozpiętość, że trudno mi powiedzieć, gdzie ja się mieszczę na tej skali… Reżyserem jest także ten, który realizuje tańce na lodzie czy tam z gwiazdami i ten, który kreuje w teatrze przedstawienie „Hamleta”. No więc – mówiąc krótko : „jestem kim jestem”, jak powiedziała Juliette Greco, gwiazda francuskiej piosenki.

- Jeżeli zechcesz opowiedzieć naszym czytelnikom o swoim dyrektorowaniu zjawiskiem, jakim jest założone przez ciebie w roku 1981 Studio im. Kazimierza Irzykowskiego, to nie będę musiał wygłaszać grzecznościowej formułki na temat twoich szczególnych predyspozycji do zajmowania się koszalińskim festiwalem „Młodzi i Film”…
- Studio Irzykowskiego był to fenomen, oczywiście, na tamte czasy. To był jeden z udanych wyłomów ustrojowych. Zrodził się z idei samorządności, która wtedy, kiedy byliśmy młodzi bardzo nam była bliska. Po liście otwartym Kuronia i Modzelewskiego – wydawało nam się, że jedyną szansą jest Polska samorządna. Polska samorządów pracowniczych, ale też i twórczych. Moi troszkę starsi koledzy – Krzysztof Kieślowski, Tomek Zygadło, Krzysztof Wojciechowski i ja, kiedy zacząłem już studiować w Szkole Filmowej w Łodzi, zaczęliśmy krążyć wokół pomysłu tego przyszłego Studia. Chcieliśmy zorganizować zespół twórczy, który sam się rządzi, nie ma nad sobą kierownika literackiego i artystycznego, tylko tworzy pewną maszoperię twórczą - taki zespół przyjaciół i kolegów, którzy wzajemnie się kontrolują. Była w tym, oczywiście, pewna utopia jugosłowiańska – dżilasowska, można by tak o niej dzis powiedzieć. Ale wtedy – to były czasy posthipisowskie, czytaliśmy mnóstwo  pism, które – według dzisiejszych ocen – mieściłyby się w kręgu neosocjalizmu i bardzo mieliśmy tym nabite głowy. Byliśmy również po doświadczeniach Marca,  w którym  dostawaliśmy baty za  domaganie się autonomii uniwersytetu, wpływu studentów na jego strukturę organizacyjną, a nawet – na organizację toku studiów.  I nagle przyszedł rok 1980 – 81 i te wszystkie  nadzieje zaczęły upadać.  Nie byliśmy jednak leniami i o naszych pomysłach nie tylko dyskutowaliśmy, ale  także spisywaliśmy, jak to wymarzone studio ma wyglądać.
Dlaczego miało nosić imię Irzykowskiego? To chyba wymyślił kiedyś, dawno temu Krzysiek Kieślowski. Bo Irzykowski był pierwszym intelektualistą polskim, który na serio potraktował kino dostrzegł, że nie jest ono tylko rozrywką dla tłumów, ale że jest w nim szansa na coś więcej – na jakieś emocje, filozofię, na esej. Poprosiliśmy doświadczonego producenta filmowego ( wtedy to się nazywało kierownika produkcji) Edwarda Zaička , żeby nam opracował zasady funkcjonowania takiego Studia od strony ekonomicznej i prawnej.
Tak oto w naszych rękach znalazło się solidne opracowanie  ideowo- programowe, ale też – ekonomiczno- prawne i organizacyjne Studia.
I latem 1981 roku…nie pamiętam – czy to było przed czy po burzliwym X Zjeździe PZPR…bezczelnie wtargnąłem do gabinetu wicepremiera Józefa Tejchmy, który był jednocześnie ministrem kultury. Zastałem tam człowieka, któremu walił się akurat świat. Tejchma trzymał się za głowę, był samotny, zdesperowany…
Ten kulturalny człowiek pozwolił  roztoczyć przed sobą wszystkie blaski i zalety naszego pomysłu będąc w istocie kompletnie nie zainteresowanym tym co mówię. Nagle zapytał – a ma pan to przy sobie? Wyciągnąłem z teczki  to nasze opracowanie. On z bardzo umiarkowanym zainteresowaniem przekartkował to, co mu podałem poświęcając nieco więcej uwagi założeniom organizacyjno finansowym i ku memu zaskoczeniu powiedział nagle – no, to zakładajcie to studio! I na pierwszej stronie napisał - „Zgoda – Józef Tejchma”. Ja zdębiałem. Przez chwilę myślałem, że śnię. I w takim stanie wyszedłem z gabinetu, ale na szczęście nie do końca zwariowałem ze szczęścia, bo nagle wróciłem i zabrałem ten skoroszyt i za pomocą ówczesnej – dostępnej w ministerstwie techniki - powieliłem ten najcenniejszy fragment opracowania. Kopie zostawiłem sekretarce , a oryginał zabrałem ze sobą i zwołałem około 40 chłopaków z kola młodych Stowarzyszenia Filmowców Polskich, którego byłem wówczas przewodniczącym  i w ten sposób odbyły się pierwsze wolne, tajne i bezpośrednie wybory w Polsce, które wyłoniły radę artystyczną  studia, a ja się wycofałem. Powiedziałem im, że owszem, ja wam to załatwiłem, ale teraz rządźcie się sami – bo ja już byłem po trzech filmach i nie wypadało bym udawał początkującego filmowca. Po kilku miesiącach nastąpił stan wojenny i wszystkie zespoły filmowe wstrzymały produkcję, a eksperymentalne studio Irzykowskiego działało, albowiem jako jedyne zwolnione było  z przedkładania scenariuszy cenzurze  i miało  prawo do samodzielnego kierowania scenariuszy do produkcji. Cenzura wkraczała wtedy, kiedy film był gotowy i albo dopuszczała do rozpowszechniania albo nie. Jednakże filmy powstawały, choć czasem trafiały na półkę lub do wąskiego  grona widzów.    W samym roku 1982 – najgorszym w historii powojennej kinematografii polskiej - w studiu Irzykowskiego powstały 23 tytuły dokumentalne, fabularne – także animowane. To było coś fantastycznego. Potem w 1987 wróciłem do tego studia, bo po okresie radosnej twórczości,  zrobiła się z tego poważna instytucja, która musiała  się rozliczać, zatrudniać księgowego ….jakiegoś dyrektora ogarniającego całą stronę administracyjną. I tak oto zostałem kimś w rodzaju dyrektora artystycznego – kimś kto jednak nadaje jakiś ton. Wtedy zorganizowałem pięcioosobową radę artystyczną i to już zaczęło funkcjonować bardziej profesjonalnie. Potem przyszła wolna Polska. Odcięto nas od funduszy państwowych, które wykładała w poprzednich latach komunistyczna władza, bo przecież nie robiliśmy tych filmów za własne pieniądze. W tych nowych warunkach zderzyliśmy się z taką biurokracją i takimi utrudnieniami, o których już mówiłem na samym początku naszej rozmowy, że studio zaczęło wytracać impet,  no i w 2003 roku ręce mi opadły …

- Masz za sobą doświadczenie emigracji. Jest ona tą częścią losu polskich twórców, która wielu z nich strąca z wyżyn i rzuca w świat tak obcego im kręgu kulturowego i cywilizacyjnego, że się w nim zatracają. Innych uskrzydla. Pozwala spojrzeć na siebie i swoje ojczyźniane doświadczenie z nie zawsze komfortowej, ale zupełnie nowej perspektywy. Dla jednych oznacza czas stracony, dla innych - darowany.  Jak było z tobą?
- Było różnie. Tak naprawdę – jedyny okres emigracji przeżyłem po 1968 roku. W 1969 roku byłem na III roku studiów na Uniwersytecie Warszawskim i miałem tak dosyć tego kraju, opanowanego przez jakieś hordy narodowym socjalistów z generałem Moczarem na czele… Nagle do mnie dotarł rozmiar barbarzyństwa., spowodowany nagonką antysemicką. Moi przyjaciele, wspaniali patrioci , znakomici intelektualiści, studenci, naukowcy byli wyrzucani z Polski tylko dlatego, że mają jakieś inne „geny” niż ja.  Pamiętam, że odbyłem rozmowę z Pawłem Jasienicą, który ukrywał się przez moment u mojej ciotki Jadwigi Sokołowskiej, pani profesor z KUL-u. Wówczas pobito go w bramie i obawiał się nocować w domu i na kilkanaście dni przeniósł się do ciotki. Podczas naszych nocnych rozmów – on pierwszy powiedział mi, że tu, w tym kraju każdy myślący człowiek jest Żydem. Niezależnie od tego, czy ma nos garbaty czy płaski… Ja autentycznie w tym 1969 roku, także w związku z inwazją na Czechosłowację, poczułem prawdziwe obrzydzenie i chciałem wyjechać. Po trzech podejściach dostałem paszport i pod pretekstem wyjazdu na studenckie wakacje - pojechałem do Paryża i wtedy myślałem o tym, że już nigdy tu nie wrócę. Zapisałem się na studia do takiej ciekawej uczelni przy Sorbonie, bo Sorbona wtedy strajkowała, a jej profesorowie  stworzyli własną uczelnię, na której pozbawieni możliwości studiowania znaleźli warunki kontynuowania nauki. Chodziłem na seminaria do Levis Strausa ,do Pierra Francastera… To był dla mnie bardzo ciekawy okres. Ażeby utrzymać się – zacząłem śpiewać po nocach w rosyjskich kabaretach… Zakładałem rubaszkę, a moje pieśni tak się podobały, że był to okres największego bogactwa w moim życiu. Byłem wolnym człowiekiem, bez żadnych zobowiązań, a jeszcze do tego kolega – siedmiostrunny gitarzysta  Nikolas Bebutow – podarował mi swój stary samochód., którym zjeździłem całą Francję…
W 1970 roku w grudniu zadzwonili do mnie koledzy i stwierdzili, że w Polsce idzie nowe i trzeba wracać, bo: ”Gierek… pomożemy…  będzie zupełnie inaczej…”. I ja po niecałych dwóch latach – wróciłem. To była moja pierwsza emigracja, na której zyskałem dyplom owej wspomnianej uczelni. I jak go pokazałem mojemu dziekanowi, profesorowi Samsonowiczowi, to powiedział, żebym go schował do tapczanu i nie pokazywał, bo nie będę mógł kontynuować studiów. Zapisałem się więc z powrotem na IV rok studiów w Warszawie i  skończyłem je. Potem –miałem różne okresy. Tuż przed stanem wojennym kręciłem film dokumentalny dla telewizji belgijskiej, który potem nosił tytuł „Przed bitwą’, jeździłem po Polsce, bo kanwą tego filmu było coś takiego, że po trzynastu latach po Marcu do rozpalonej „Solidarnością” Polski wraca emigrant z 1968 roku , polski Żyd i patrzy, czy jest tutaj dla niego miejsce. Chodzi po swojej ulicy, zachodzi do swojego domu, gdzie mieszkają zupełnie inni lokatorzy, idzie do swojej szkoły, jedzie na zjazd „Solidarności” do hali Oliwii i pyta się również Wałęsy, Jacka Kuronia a także Edelmana : czy tu jest jeszcze dla mnie miejsce? Wiesz co powiedział Wałęsa ? Powiedział: Jeszcze nie, jeszcze nie, jeszcze za wcześnie…
I żeby zmontować ten film, wyjechałem do Belgii tydzień przed stanem wojennym. Tam miałem zamówioną montażownię, montażystkę, operatora, dźwiękowca… bo to była ich produkcja. Wyjechałem –  i kiedy już miałem wracać na święta – dotarła do mnie wiadomość o stanie wojennym. Postanowiłem zostać. Ten pobyt tam przedłużył mi się do około dziesięciu lat.  Ale pomógł mi ojciec. Mój – jak go nazywałem Zielony Pająk – działacz ZSL-u, pod koniec życia  jego wiceprezes, poseł na Sejm PRL, który zmarł 18 lipca 1983 roku. Akurat jak umarł – 22 lipca generał Jaruzelski odwołał stan wojenny . W związku z tym, jak przyjechałem na jego pogrzeb, to na lotnisku miałem jeszcze sześciogodzinna odprawę  ze szczegółową rewizją  i zabraniem paszportu, który był już nieważny… Ale już po 22 lipca mogłem sobie wyrobić nowy paszport i pojechać z powrotem. I od tego czasu, kiedy byłem na pogrzebie ojca – już przyjeżdżałem do Polski w miarę regularnie. W 1985 roku złożyłem scenariusz „Maskarady”, a w 1986 - zacząłem realizować ten film. Potem zacząłem robić „Stan strachu”, związałem się ze Studiem Irzykowskiego,… I choć pracowałem na uczelni w  Brukseli, to – ponieważ samoloty były tanie, a ja dobrze zarabiałem - latałem mniej więcej dwa razy w tygodniu między Warszawą i Brukselą. To już nie była emigracja. Tak więc ten drugi okres ponurej - pesymistycznej emigracji, kiedy myślałem, że świat mi się załamał i że już nie wrócę do Polski, trwał  tylko do lipca 1983 roku.
Jakkolwiek dużo jeździłem po świecie – tylko te dwa okresy, o których ci mówiłem, mogę nazwać stanem emigracji. I powiem ci, że patrząc z dzisiejszej perspektywy - to błogosławię ten okres  pobytu za granicą, ponieważ  nie tylko zobaczyłem, ale też  - włożyłem ręce i sparzyłem tyłek na kapitalizmie, zobaczyłem, czym jest ten ustrój. Nauczyłem się samodzielności, zaradności, dowiedziałem się, że nie można liczyć na państwo, zasiłki, na to wszystko, co było naszym udziałem w PRL-u. Ale z drugiej strony zdałem sobie sprawę z tego, czym ten kapitalizm jest naprawdę, jaką ma paszczę i jakie zęby. I to mnie uchroniło od tego, żeby po 1989 roku stać się jakimś prawicowym bałwochwalcą liberalizmu ekonomicznego i kapitalistycznej Polski. Zachowałem więc ten socjalistyczny rodowód mojego dziadka.

- Jesteś znany ze swoich bardzo krytycznych i odważnych wypowiedzi na temat – użyję tego nielubianego ostatnio terminu – a więc na temat polityki kulturalnej państwa. Zacznijmy jednak od tego, w jakim stopniu państwo powinno się wtrącać w tę dziedzinę życia. Bardzo zróżnicowane kondycje kultury w różnych regionach kraju wskazują na to, że im mniej państwa tym lepiej. Czy podzielisz pogląd, że tam, gdzie działają mądre i ambitne samorządy, traktujące kulturę jako ważny czynnik rozwoju regionu i jego pozycji na mapie kraju i Europy, a nawet jako opłacalny interes, tam sytuacja jest dobra. Tam zaś, gdzie kultura jest odświętnym kwiatkiem do kożucha, najdelikatniej mówiąc – nic się nie uchowa.
- Sam sobie odpowiedziałeś, tak że ja już nie musze się wypowiadać. Podzielam twój pogląd. I mogę tylko dodać, że jest w tym pewna kwadratura koła. Dlatego, że w Europie, szczególnie w takim państwie jak Polska,  ten mecenat jest potrzebny, niezbędny. Wysoka kultura w Polsce nie utrzyma się bez  pomocy państwa. Dlatego nie jestem za zniesieniem Ministerstwa Kultury, tak jak na początku 90 lat wielu moich światłych kolegów proponowało. Nie jestem za tym żebyśmy się zamienili w 51 stan Stanów Zjednoczonych i wprowadzali amerykański model kapitalizmu, w którym panuje przekonanie, ze jak coś jest dobre, to się wybroni samo. Nasze doświadczenie pokazuje, że jak coś jest złe – to się wybroni, a jak coś jest ambitne, autorskie i ciekawe, to się nie wybroni. Dlatego ten mecenat jest potrzebny.
Natomiast – nie daj, panie Boże, żeby ten mecenat był powiązany z reglamentacją , administrowaniem i zarządzaniem repertuarem kultury. Jeżeli samorząd, albo minister –nie daj panie Boże – albo jakiś urzędnik samorządowy  będzie się wtrącał w to, na co łoży pieniądze – to jest to powrót do zamordyzmu. Mówię o tej kwadraturze koła, bo ona się łatwo rozwiązuje, kiedy są światli ludzie stojący na czele tych wszystkich organów administracji i samorządów. Wtedy nie ma konfliktu. A tam, gdzie samorządy są durne i mają ambicje kierowania tą kultura – to wtedy jest porażka, jest masakra.

- W czasach wielkiej transformacji kultura nigdy nie znalazła się na liście najważniejszych priorytetów ustrojowych. Pamiętam smętne miny kolejnych ministrów kultury, kiedy dochodziło do zatwierdzania budżetów państwa. Nie zapomnę rozmowy z Kazimierzem Dejmkiem, który marzył przynajmniej o 2% PKB i nie ośmielę się cytować, co mówił o autorach tego  planu narodowych wydatków. No, ale teraz przydarzył się nam kryzys i jak byśmy nie udawali, że omija nas jako wyspę ekonomicznej szczęśliwości, to tak jak w filmie padła komenda „cięcie” tylko, że na planie gospodarczym oznacza ona zagrożenia dla kultury. Czego należy w tej sytuacji obawiać się najbardziej?
- Najbardziej trzeba się obawiać tego, że ten mecenat będzie się kurczył i że kultura pierwsza pójdzie pod młotek, tak jak to się działo zawsze w momencie, kiedy rząd w inteligencji swojej uważał, że najlepszym rozwiązaniem trudności finansowych jest cięcie czyli obniżanie wydatków itd. itd., co jest absurdem samym w sobie. Nie będąc ekonomistą, ale słuchając światłych przedstawicieli tej dziedziny  - nawet ja wiem, że jeżeli się nie napędza koniunktury, to potem nie ma ruchu w przyrodzie. A cięcia i obniżanie wydatków powodują zanik popytu wewnętrznego. W kulturze to się też sprawdza.
Ja pamiętam, oczywiście, czasy Kazimierza Dejmka, ale pamiętam też czasy wszystkich jego następców. Bez  względu na kolory ich legitymacji – oni wszyscy marzyli o większych nakładach na kulturę.  Rozmawiałem z Kazimierzem Ujazdowskim – miał naprawdę ambitne plany, żeby budżet kultury przynajmniej miał 1% PKB. Nie udało mu się. Rozmawiałem na początku jego urzędowania z ministrem Zdrojewskim. Światły człowiek, inteligentny, bardzo chciał, żeby kultura pod jego zarządem odbiła się – i nawet mi się chwalił,  że w przyszłym roku będzie miał dużo pieniędzy, bo ma to już obiecane u premiera Tuska. Teraz mamy jednak właśnie bigos w postaci cięć.  I Zdrojewskiemu też się nie udało „dobić się” do jednego procenta PKB, a o dwóch procentach w ogóle nie ma co marzyć.
Cięcia – to taki samozniszczający się mechanizm. Jak się zaczyna ciąć – to kwiatki więdną. Bo one postoją jeszcze w wazonie przez tydzień, dwa, a potem – zwiędną. Na szczęście – film jest w nieco innej sytuacji niż teatr, który obecnie jest szczególnie zagrożony. Udało się bowiem przeprowadzić ustawę o kinematografii i stworzyć Polski Instytut Sztuki Filmowej, głosami – i tu proszę uważać: SLD, Samoobrony, PSL i PiS, przy oporze PO. Stworzono mechanizmy, które oparły się kryzysowi, ponieważ cięcia budżetowe premiera Tuska nie obejmują Instytutu, dlatego, że to jest zupełnie inny mechanizm zasilanie polskiej kinematografii. Tylko dzięki temu film się utrzyma. I gdyby środowisko teatralne zapewniło sobie powstanie takiego samego lub podobnego instytutu, to bardzo możliwe, że nie bylibyśmy w tej chwili w stanie takiej trzęsiączki i zagrożenia.

- Obaj należymy do grona osób, którym nie jest obojętny los elektronicznych mediów publicznych. Ostatnie informacje na temat audytu w Polski Radiu czy też sytuacji finansowej telewizji publicznej są nie tylko porażające, ale wręcz wołają o pomstę do nieba. O tragicznej kondycji tych mediów zadecydowała nie tylko niefrasobliwość ich kierownictw, ale także postawa części sceny politycznej, która od dłuższego już czasu wzywa społeczeństwo do abonenckiego bojkotu tych mediów. Paranoja polega na tym, że ci politycy nie wskazują źródeł finansowania publicznego radia i telewizji. Wspomniany przed chwilą kryzys na pewno nie będzie sprzyjał nowemu wydatkowi budżetu państwa. Jestem zdania, że te media na garnuszku rządowym stracą swój publiczny charakter. Wiem, że w tej sprawie masz swój autorski pomysł….
- To może za dużo powiedziane. Miałem jakieś autorskie pomysły kiedyś, kiedy wierzyłem w to, że media publiczne, zwłaszcza radio i telewizja, jeszcze się odrodzą, że coś z tego jeszcze będzie. Ale w tej chwili wpadłem już w kompletną deprechę i po prostu sądzę, że prezesi Farfał i Rudomino będą grabarzami TVP, a Platforma i SLD, jeżeli da się wciągnąć do tej gry – będą legislacyjnymi grabarzami mediów publicznych. Już nie wierzę  w to, że te media się kiedykolwiek obronią. Czuję, że jest to wstęp do prywatyzacji i do zupełnie innego podziału tortu reklamowego i że duże koncerny medialne sprzyjają tej nowej ustawie,  zatem wszystko to idzie w bardzo złym kierunku.

- Żeby jednak nie wpaść w nastrój kryzysowego przygnębienia, porozmawiajmy o kondycji młodego polskiego kina. Chyba nie jest taka zła, skoro co roku przybywa filmów na festiwalu w Gdyni, mamy nasz, koszaliński, a jego laureaci otrzymują wysokie stypendia na kolejny „dorosły” film. A więc czarne scenariusze dotyczące polskiej twórczości filmowej nie spełniły się, a może jest inaczej, w końcu pytam o to członka rady Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej, a przede wszystkim wiceprezesa Stowarzyszenia Filmowców Polskich.
- Jeszcze nigdy w historii liczonej od 1918 czy też 1945 roku polscy debiutanci nie mieli takiego dostępu do środków na realizację swoich filmów debiutanckich, jak w tej chwili. A zawdzięczają to wspomnianej już ustawie i Instytutowi, który wydzielił jako odrębny program operacyjny – debiut. W pewnym momencie doszło do takiej sytuacji, że na 40 polskich filmów – 20 to są debiuty!  Tak nie ma w żadnym kraju! Może trzeba nawet baczniej przyglądać się tym scenariuszom, by te debiuty mogły konkurować z filmami dorosłych twórców, a nie – odpadały gdzieś w przedbiegach. Sytuacja jest więc dla debiutów fantastyczna –  również dlatego, że   przy pomocy Stowarzyszenia Filmowców Polskich, szkół filmowych i telewizji powstało Studio Munka. Realizowany jest także program „30 minut” – pierwszego kroku dla absolwentów szkół filmowych, pozwalający w trzydziestominutowej etiudzie nakręcić pierwszy fabularny film. Tych źródeł zasilania jest cała masa. I one są dostępne. A mechanizm dostępu do nich jest w miarę przejrzysty. No i wreszcie jest rynek niezależnych producentów, który jest zainteresowany tymi debiutami, bo też czerpie z tego korzyści , bo wie, że jakiś tam ułamek tych środków trafi do jego studiów lub domów produkcyjnych.
To wszystko powoduje fakt, że festiwal koszaliński odzipnął i od kilku lat przeżywa swój renesans. To bardzo dobrze, że ten festiwal istnieje. A nasz kłopot polega na tym, że mamy do czynienia  z nadmiarem, a nie – niedoborem debiutów. W tym roku będzie dziesięć, albo nawet i dwanaście debiutów pełnometrażowych i – kilkadziesiąt filmów krótkometrażowych i  innych gatunków – dokumentów, filmów animowanych, które będą szły w odrębnym programie.

- Teraz,  kiedy w Koszalinie rozmawiamy nie tylko o młodym kinie, w Warszawie odbywa się promocja książki Mieczysława  Wojtczaka pod tytułem – „O kinie moralnego niepokoju i nie tylko”. Przez chwilę pomyślałem, że powinieneś być na tej promocji, jako autor tego głośnego i na trwale zakorzenionego w historii polskiego kina terminu. Co czujesz kiedy słyszysz te trzy słowa ?
- Prawa autorskiego do tego terminu sobie nie zastrzegam. W tamtych czasach to był zupełnie naturalny slogan. Ja go użyłem w jakimś programie przeglądu młodego kina, który odbywał się w warszawskiej „Stodole”. Napisałem – „kino moralnego niepokoju”, ale to mi wyszło najzupełniej organicznie.  To nie był rodzaj takiego na zimno wykoncypowanego sloganu, jak ten wańkowiczowski – „Cukier krzepi”. To co wtedy robiliśmy trzeba było jakoś nazwać. A więc  kino, bo kino. Niepokój, bo niepokój jest budulcem każdego filmu. Jak nie ma niepokoju – nie ma konfliktu, to nie ma kina. Napisałem o tym niepokoju, że moralny, bo gdybym napisał wtedy na przykład „polityczny”, to by nas zaatakowano lub nawet zamknięto.
Myśmy wtedy opowiadali o naszym losie – o losie ludzi żyjących w naszym kraju. O ich dylematach i niepokojach. Tak w życiu bywa. Coś powiesz lub napiszesz, a potem to zaczyna żyć własnym życiem. To nawet miłe, że ktoś mnie z tym pojęciem kojarzy. To pojęcie musiało po prostu wtedy powstać.

- Na koniec przypomnę, że zostałeś Dyrektorem Programowym Koszalińskiego Festiwalu Debiutów Filmowych „Młodzi i Film”. I choć czerwcowy numer „MIESIĘCZNIKA” poświęcony będzie przede wszystkim temu festiwalowi, poproszę o zarysowanie programowej i organizacyjnej koncepcji jego tegorocznej edycji.
- Jestem człowiekiem, który bardzo sobie ceni tradycję i to na tyle, żeby nie wpaść jakiś rewolucyjny zapał, aby wszystko robić po nowemu i od nowa. Ja pamiętam ten festiwal z dawnych, dawnych lat, kiedy zresztą miał przypiętą dosyć paskudną etykietkę jakiegoś festiwalu czerwonego, ZMS-owskiego i pamiętam również, jak wisiała nad tym festiwalem groźba bojkotu środowiskowego. Wtedy z Krzyśkiem Kieślowskim przyjechaliśmy do Koszalina, by  rozmawiać tutaj  o organizacji tego festiwalu. Było to pod koniec lat siedemdziesiątych. Potem pojechaliśmy do Stowarzyszenia Filmowców Polskich i odwołaliśmy ten bojkot, mówiąc: słuchajcie, jest takie miejsce, jest taki festiwal, który chce pokazywać młode polskie kino i trzeba to wspierać.
Jestem bardzo przywiązany do tego festiwalu, mimo, że później dość rzadko na nim bywałem, ale byłem też w jury – chyba dwukrotnie  i  widzę, że znalazł on swoją odrębność, swoją dystynkcję. Rzeczywiście jest podsumowaniem tego, co się dzieje w polski m młodym kinie w ciągu całego sezonu.  Jest to oferta zupełnie inna od prezentowanej w Gdyni .  Dlatego w programie festiwalu chciałbym utrzymać to, co dobre i wypracowane doświadczeniami moich poprzedników, żeby to nie był festiwal nadęty i nabzdyczony, na koturnach i żeby odróżniał się swoją atmosferą od innych festiwali centralnych.
Przede wszystkim zaś – jestem przywiązany do tego historycznego już hasła  „Szczerość za szczerość” . Chciałbym, żeby rozmowy o filmie prowokowały do wymiany myśli a nie skupiały się wyłącznie na krytyce tego, co zobaczyliśmy. Niech robią to profesjonalni krytycy filmowi.  Chciałbym, żeby filmy oglądane w Koszalinie stały się podczas tych rozmów przyczynkiem do naszych refleksji nad zredefiniowaniem naszego miejsca pobytu, kierunku – w jakim chcemy iść, byśmy odpowiadali na pytanie, kim jesteśmy, kim chcemy być. Z ekranu młodego kina padają niekiedy stwierdzenia i pytania o zaskakującej doniosłości. By je odczytać, potrzebna jest uczciwa do bólu rozmowa o naszej kondycji moralnej i o tym, czy mamy odwagę się zmierzyć z tym młodzieńczym niepokojem? Chciałbym, żeby to były rozmowy naprawdę szczere, bez zadęcia i snobizmu. Nie muszą być śmiertelnie poważne, ale niech będą naprawdę ważne. Nie oczekuję akademickich debat. Będę miał poczucie dobrze spełnionego obowiązku, kiedy konfrontacja młodego kina z widzem zaiskrzy ważnymi pytaniami, ważnymi dylematami, aż się prosi, żeby powiedzieć:
m o r a l n y m   n i e p o k o j e m!

                                                                                                          „Miesięcznik” nr 3/2009

Wasze opinie + Dodaj Komentarz
» Gość: NibvTnsQhbOcWt, 2013-01-14 11:50:35
» Gość: sJKFMnYqylPLpQpdx, 2013-01-13 01:16:17

nasz kanał TV

E-Urząd

Ogłoszenia

Ogłoszenia

Forum dyskusyjne Pomorza Zachodniego

 

Pomorzezachodnie.pl
Dodaj do ulubionych
Poleć znajomemu
Ustaw jako startową



Nasz serwis odwiedziło
15505136
Gości

Kanał RSS Pomoc RSS
 
Copyright by` WTF Alfa Sp. z o.o. Wszystkie prawa zastrzeżone.
Korzystanie z serwisu oznacza zgodę na wykorzystywanie plików cookie, z których niektóre mogą być już zapisane w folderze przeglądarki. Nie pokazuj więcej tego powiadomienia