::. Pomorze Zachodnie .:: Dzisiaj jest
AUTO-ŚWIST
Strona Główna | Samorządy  :: Gminy  :: Miasta  :: Powiaty | Informacja Publiczna  :: Biuletyny BIP  :: Instytucje i Urzędy Państwowe  :: E-urzędy  :: Lokalne centra certyfikacji  :: Przetargi  :: Związki  :: Stowarzyszenia  :: Kościoły i Związki wyznaniowe  :: Uczelnie | Biznes  :: Gospodarka Morska  :: Rolnictwo  :: Transport  :: Komunikacja  :: Usługi  :: Motoryzacja | Kultura i Rozrywka  :: Książnice i Biblioteki  :: Muzea i Wystawy  :: Teatry  :: Kina | Nasz Region  :: Ludzie Regionu  :: Reportaże  :: Publicystyka  :: Wywiad z...  :: Wydarzenia  :: Sport  :: Media | Ogłoszenia | Turystyka i Wypoczynek | O nas | Hity Serwisu  :: Gorący temat |

Nowe Pomorze Zachodnie już za...

Zapraszamy również na pomorzezachodnie.tv-polska.eu

dni
godzin
minut
sekund
::. Szukaj w serwisie:   Po wyników
..:: Biznes ::..
Północna Izba Gospodarcza w Szczecinie
Ważne telefony
ZWiK Szczecin




..:: Instytucje ::..
Urząd Wojewódzki w Szczecinie
Urząd Miejski w Szczecinie
Komenda Wojewódzka Policji w Szczecinie
Urząd Miasta Świnoujścia

« Wstecz

O Pavarottim w Bydgoszczy, fenomenie chóru De profundis, źródłach śpiewaczego talentu oraz planach zawodowych i rodzinnych z Januszem RATAJCZAKIEM rozmawia Ryszard ULICKI
śRoda 19 Maj 2010

Dokument bez tytułu

- Zacznę od pytania o to, kim byli pańscy rodzice i czy w rodzinie kultywowano tradycje śpiewacze?
- W mojej rodzinie nie było tradycji muzycznych. Owszem, zarówno ojciec jak i matka mieli dobre głosy, mama zawsze śpiewała w domu, a tata na wszelkiego rodzaju uroczystościach rodzinnych wiódł pierwsze skrzypce. Z zawodu natomiast tato był kolejarzem, wiernym PKP Szczecinek, a mama zajmowała się dziewiarstwem i wychowywaniem czterech synów.

- Zadałem je po to, by sprawdzić, jakie podobieństwa łączą życiorys wielkiego Luciano Pavarottiego z pańskim. Wprawdzie on się urodził w Modenie, a pan w Szczecinku – przypomnijmy czytelnikom, że stało się to w jego przypadku 12 października 1935 roku - ale jako chłopiec, podobnie jak pan, śpiewał w chórze kościelnym. Mistrz Luciano dwukrotnie odwiedził Polskę, po raz pierwszy, jeszcze jako zupełnie nieznany śpiewak, wystąpił w latach 60. w bydgoskiej Filharmonii Pomorskiej.  Można powiedzieć, że skoczyliście panowie z tej samej trampoliny i zaczynaliście w tym samym mieście, w którym już na V roku studiów zadebiutował pan rolą Franka we „Flisie” Moniuszki. I w ten sposób doszliśmy do pytania zasadniczego – jaką rolę w pańskim życiu odegrał chór „De Profundis”.
- Ja urodziłem się również w uroczym mieście, jakim jest Szczecinek, no, może w nieco gorszym klimacie niż mistrz Pavarotti, którego wielkość i wyjątkowość pozostanie na zawsze w pamięci nie tylko miłośników opery. Takich gwiazd już dzisiaj nie ma i chyba nie będzie. Podobieństwa doszukiwać się można jednak chyba w zamiłowaniu i pokorze do śpiewu i do sztuki. Oczywiście, ja także zaczynałem w chórze kościelnym, mając 18 lat i będąc uczniem Zespołu Szkół Mechanicznych w Szczecinku. Moje artystyczne korzenie wywodzą się ze wspaniałego chóru De profundis, prowadzonego przez śp. Irenę Maculewicz – Żejmo. Był to wspaniały okres w moim życiu, który ukształtował moją osobowość, moje zamiłowania, moją przyszłą karierę artystyczną i naukową. Okres, który dał mi żonę, a więc i rodzinę oraz wielu wspaniałych przyjaciół, oddanych do dnia dzisiejszego. Pobyt w rodzinie De profundis był podstawą mojego doskonalenia wokalnego. Nauka śpiewu solowego przez prof. Żejmo zaowocowała I nagrodą w Konkursie im. S. Moniuszki w Kudowie w 1983 roku oraz studiami wokalnymi, które ukończyłem w 1989r. Na scenie operowej debiutowałem jako student V roku podczas premiery opery Flis S. Moniuszki 1 lutego 1988 roku. Jest to data, od której liczę początek mojej kariery artystycznej.

- Po dwóch latach pracy (2005 i 2006) naukowcy Uniwersytetu w Pavii we Włoszech opublikowali w magazynie "Circulation; Journal of the American Heart Association" wyniki badań wpływu muzyki na układ naczyniowy prowadzone pod kierunkiem profesora  Luciano Bernardi.  Są one wielce obiecujące, szczególnie dla rehabilitacji chorych, którzy przeżyli udar lub zawał serca. Najskuteczniejsze okazały się porywające arie operowe z następującymi na zmianę crescendo (stopniowe wzmocnienie natężenia dźwięku) i diminuendo (wyciszanie), takie jak na przykład aria „Nessun dorma…” z opery Pucciniego "Turandot". Czy w pańskim doświadczeniu artystycznym znajdują się przykłady potwierdzające ten rodzaj oddziaływania śpiewu operowego, nie tylko na świadomość i wrażliwość ludzką, ale także na kondycję fizyczną słuchaczy – na ich zdrowie?

-Na tym właśnie polega ta niesamowita moc muzyki, moc śpiewu. Tu powinniśmy doszukiwać się sposobów wychowywania zdrowego społeczeństwa i to od najmłodszych lat. Bo przecież to muzyka, jako podstawowy czynnik oddziaływania pięknem, ma na celu uwrażliwienie człowieka, a to z kolei pociąga za sobą szereg innych pozytywnych elementów potrzebnych do życia.

            Jeżeli chodzi natomiast o arie operowe, operetkowe, czy też ulubione fragmenty oper, no to niezaprzeczalnie jest w nich jakaś magiczna siła. I każdy śmiertelnik, w zależności od swojej estetyki muzycznej, znajdzie w nich coś dla siebie, czy to u Vivaldiego, Mozarta, Haydna, czy też u Pucciniego, Czajkowskiego albo np. Wagnera. Ja natomiast swoje lekarstwo znalazłem w muzyce werystycznej, której emocje są tak silne, że działają jak dobry masaż relaksacyjny.

- Skoro nie tylko nauka, ale także empiria przekonuje nas o niezwykłych właściwościach muzyki, przy których blado wręcz wygląda porzekadło –„muzyka łagodzi obyczaje”, chciałbym namówić pana do rozmowy na temat jej roli jako narzędzia ewangelizacji. Zespół „TRIM”, istniejący od 2001 roku, stworzony wraz z panem przez grupę przyjaciół związanych ze Szczecinkiem pisze o sobie, że jego muzyczna działalność jest ewangelizacją, która utrwala jego członków w wierze oraz pozwala uzyskać radość i siły potrzebnej do życia.  Muzyka i śpiew są nierozerwalnie związane z wiarą i obrzędowością religijną, ale to, co robicie wykracza poza tradycyjny kanon. Zatem – co legło u podstaw pomysłu na „TRIM” i dokąd wiodą aktualne plany artystyczne?
- Doświadczenie, jakie przeżyliśmy w grupie „TRIM”, przeszło nasze najśmielsze oczekiwanie. Pomysł na „TRIM” miał polegać na wydaniu jednej płyty, która miała być naszym podziękowaniem za wszystko, co w życiu otrzymaliśmy. Stąd też tytuł płyty ,,Jak Ci dziękować”. Nasze działania wywołały jednak ogromne zainteresowanie słuchaczy i potrzebę koncertów. To bezpośrednie spotkanie z drugim człowiekiem uzmysłowiło nam niesamowitą siłę śpiewanych przez nas pieśni, tej muzyki, tych tekstów. I tu można nawiązać również do poprzedniego pytania – o oddziaływaniu muzyki, o jej wpływie na wnętrze człowieka. To było niesamowite, kiedy słyszeliśmy opinie, że słuchając naszej płyty chce się żyć, że poprawia się nastrój, że znika cierpienie, że jest łatwiej i że prosimy o jeszcze… Tak też musiało się stać i powstały kolejne dwie płyty,,Niesiemy wiarę” i ,,Do kraju tego”.
Naszą wiarą podczas koncertów możemy dzielić się tylko podczas wakacji, ponieważ wszyscy pracujemy zawodowo i ciężko jest zorganizować się w sezonie operowym. Ma to również swoją dobrą stronę, ponieważ w naszych letnich – nadmorskich koncertach uczestniczą ludzie, którzy podczas wakacji nie odpoczywają od Pana Boga, a więc – ludzie głębokiej wiary. Jest to niezwykłe, kiedy nasz śpiew zamienia się we wspólny koncert, wspaniałą modlitwę i prawdziwe świadectwo. Człowiek może się wówczas przenieść w inny wymiar i zobaczyć, jak wspaniała jest siła żywego kościoła.
Co do aktualnych planów artystycznych, to bardzo mocno myślimy nad kolejną – czwartą już płytą. Pewne prace już się rozpoczęły, chociaż ciągle szukamy interesującego pomysłu jak i sponsora.

- Przy okazji chciałbym panu podziękować za piękne wykonanie cieszącej się coraz większym uznaniem słuchaczy pieśni z moim tekstem. Pierwszy raz w mojej długoletniej karierze literackiej zdarzyło się, że mogłem wysłuchać dwóch tak bardzo różnych interpretacji – pańskiej oraz tej, którą prezentuje Bogdan Trojanek – wspaniały artysta cygański ze Szczecinka, któremu towarzyszy zespół „TERNE ROMA”. „Pozwól mi Panie” dotarło do Polaków na wszystkich kontynentach. Jest to także wielka zasługa kompozytora – Grzegorza Pawelskiego, który stworzył piękną – poruszającą serca i umysły muzykę. Stała się pieśnią i modlitwą moich braci Cyganów. Jestem zaskoczony jej niezwykłą popularnością na Litwie. Za swoją uznali ją zarówno żyjący tam Polacy, a także Litwini, którzy odbudowują swoją narodową tożsamość. Nie wiem, czy dotarła do pana ocena abp. Sławoja Głódzia, który jeszcze w randze czynnego generała nazwał NASZĄ pieśń modlitwą współczesnego człowieka… Jeszcze raz dziękuje panu i Grzesiowi, który zakładał nie tylko „TRIM”, ale także zespół „Czwarta nad ranem”  oraz grupę „MIZEMOR”…..
- Magia tej pieśni w każdym chyba człowieku wywołuje jakieś westchnienie w stosunku do swojej osoby, swojego posłannictwa, budzi w nas szczery rachunek sumienia. Są też tacy, którzy mają inne odczucia, jak np. pani redaktor gazety,,Rzeczpospolita”, która napisała kiedyś, że jest to tania tandeta w wykonaniu chodnikowego Bocellego. No cóż, ma prawo i ja jej współczuję.
Uważam, że siła tego utworu leży w idealnej symbiozie wspaniałego tekstu, który nie jest obcy żadnemu z nas, ze wspaniałą muzyką, idealnie ujmującą charakter dzieła. To razem pozwoliło, że tak różne dwie interpretacje znalazły wielu zwolenników na całym przecież świecie, bo warto jeszcze dodać, że ta pieśń zajęła pierwsze miejsce na liście przebojów wśród Polonii w USA.
W tym miejscu chciałbym panu podziękować i pogratulować tak genialnego utworu i zapewniam, że jest to też moja ukochana pieśń, z którą się utożsamiam i którą wykonuję na każdym koncercie.

- Jest pan nie tylko czynnym artystą-śpiewakiem, ale także teoretykiem. Zapewne nie wszyscy – nawet pańscy wielbiciele – wiedzą, że jest pan także naukowcem i pedagogiem. Świadczy o tym pański doktorat i niedawna – wrześniowa habilitacja.  Ciekaw jestem tematów obu prac, ale także pańskiego zdania o poglądach Leyli Gencer – wybitnej tureckej śpiewaczki operowej  (zmarła 10 maja 2008 roku w Mediolanie) - półkrwi Polki, której ukoronowaniem kariery artystycznej było kierowanie Accademia di perfezionamento per cantanti lirici Teatro alla Scala.
W jednym z wywiadów powiedziała, że nie wyobraża sobie, aby można było na scenie prezentować wyłącznie solfeż, czyli bezduszne odtwarzanie zapisu nutowego. Rolę, zdaniem tej wybitnej artystki, powinno się interpretować, a nie tylko odtwarzać, dlatego w śpiewie powinno się słyszeć emocje. – Wydaje mi się – dodała – że nawet czasem należy zrezygnować z pięknego brzmienia głosu dla ukazania dramatu. I co pan na to, panie profesorze?
- Tak, obok tego, że jestem czynnym zawodowo śpiewakiem, jestem także adiunktem Akademii Muzycznej w Łodzi w stopniu doktora habilitowanego. Uprawnienia doktora uzyskałem już w roku 2000, a habilitację otrzymałem we wrześniu tego roku. Temat pracy brzmiał: Wybrane pieśni kompozytorów polskich przełomu XIX i XX wieku. Budowa formalna, interpretacja treści i technika wykonawcza. Praca była dwuczłonowa, składała się z książki i płyty z 19 pieśniami siedmiu polskich kompozytorów.
Co do drugiego pytania, to oczywiście w całości się zgadzam z Leyli Gencer. Kiedyś G. Rossini mówił, że śpiewakowi potrzebne jest: po pierwsze głos, po drugie głos i po trzecie głos. Ja uważam trochę inaczej, po pierwsze serce, po drugie głos i po trzecie głos. Najpiękniejszy dźwięk będzie niczym tak długo, dopóki nie będzie podparty ekspresją. Tylko ona daje prawdziwe tchnienie muzycznemu słowu i budzi do życia utwór muzyczny. Tak jest też w świecie opery. Często mamy do czynienia z pięknym głosem, który po 15 minutach już nas nudzi, a zdarzają się głosy, których można słuchać przez 3 godziny spektaklu i mieć gęsią skórkę na rękach. Tak też było z Marią Callas, na której temat słyszymy dzisiaj różne opinie. Można mieć różne zdania co do jej techniki, barwy i różnorodności głosu. Ja jednak uważam, że była genialna. Jej sposób śpiewania, jej interpretacja, zabarwienia i odcienie głosu adekwatne do przekazywanego tekstu, jej ekspresja, muzykalność, wrażliwość, wszystko to składało się na prawdziwość muzycznego przekazu. Dlatego takich wzorców powinniśmy słuchać i na takich się uczyć.

- Skoro zaczęliśmy mówić o przekraczaniu pewnych rygorów natury artystycznej, chciałbym zwrócić uwagę na pewien dysonans między „modelem”, a współczesną praktyką. Opera uznawana jest za najbardziej konwencjonalną ze sztuk. Żadna forma artystyczna nie zachowała bowiem tylu niezmienionych konwencji przez tak długi czas co ona.  Jednak stwierdzenie to coraz częściej zaczyna być teoretycznym postulatem. Jak zauważa baczny, ale i bardzo surowy obserwator polskiej sceny operowej Jacek Melchior –Nasi dziadkowie chadzali do opery dla relaksu. Wiedzieli, że wrogowie Lukrecji Borgii (w dziele Donizettiego) giną od zatrutego wina, a nie – jak w niedawnej warszawskiej inscenizacji – od strzału w potylicę. Liczył się tylko śpiew. Współczesny teatr operowy stał się królestwem reżyserów i nie jest już miejscem niewymagającej rozrywki. Reżyserzy prowokują widzów do myślenia, zmieniając czas i miejsce akcji, motywację bohaterów, a bywa, że i sens dzieła. Nierzadko proponują łamigłówki, których nie da się rozwiązać, nawet mając wiedzę i najlepsze intencje. W finale paryskiej inscenizacji „Króla Rogera" Szymanowskiego, autorstwa Krzysztofa Warlikowskiego, pojawiła się... Myszka Miki!.
 Co zatem stanie się z operą, kiedy emocje i „ukłony” wobec dramatu zdominują wokalny perfekcjonizm, a ona sama zacznie dryfować w kierunku teatru eksperymentującego czy wręcz kabaretu?
- Opera jako gatunek od 400 lat przechodziła swoje wzloty i upadki. Gromadząc w sobie wszystkie elementy teatralnego przekazu, zawsze musiała być konwencjonalna. Aktorstwo operowe ma swój specyficzny kontekst w postaci muzyki i śpiewu. Utrzymanie melodii, wysokości dźwięków, tempa, dynamiki i prawidłowej intonacji w znacznym stopniu ogranicza możliwości aktora i konsekwentnie wpływa na jego grę. Dlatego najważniejszym i wiążącym czynnikiem jest wspomniana wcześniej ekspresja, poprzez którą rodzą się właściwe emocje, a śpiew staje się środkiem wyrazu.
Uważam, że opera przetrwała tak długo dlatego, że trzymała się pewnych rygorów natury artystycznej. Dzisiaj nasz estetyka i nasze oczekiwania zmieniły się, ale nie możemy za bardzo popadać w dziwaczność w świecie opery. Muzyka nie powinna ucierpieć z powodu dramatu. Ja w swojej 21 letniej karierze również spotkałem się z różnymi dziwactwami na scenie. Uważam, że pochodzą one głównie z braku pomysłów reżyserów, którzy dzisiaj próbują zaistnieć za pomocą dziwaczności i skandalu. ,,Ukłony” w operze wobec dramatu pochodzą też z tego, iż niewielu jest reżyserów operowych będących muzykami, a tylko spójność muzyczno-dramatycznego przekazu da właściwe rezultaty na polu budowy postaci operowej. Reasumując, ja osobiście wolę w spektaklu operowym widzieć piękne dzieło ze wspaniałym żywym śpiewem, niż modny dzisiaj thriller psychologiczny.

- Ustaliłem, że Polskie Stowarzyszenie Pedagogów Śpiewu skupia aktualnie (dane z września bieżącego roku)  169  członków, którymi są nauczyciele śpiewu i emisji głosu w: szkołach muzycznych II stopnia, uczelniach muzycznych, szkołach teatralnych i pedagogicznych oraz policealnych z nauką śpiewu. Nie są to zapewne wszyscy pedagodzy tej specjalności. Nie wiem, czy ktoś potrafi powiedzieć, ile osób wykonuje ten zawód i jakie mają one kwalifikacje oraz osiągnięcia artystyczne, a jest to ważne, ponieważ, jak twierdzi Hanna Lisowska, jedna znajwiększych europejskich śpiewaczek drugiej połowy XX wieku –…wybitnych artystów mogą wykształcić tylko wybitni artyści.
Jest to równie trudne do ustalenia jak i to, ilu uczniów i studentów przygotowuje się do roli solistów operowych, bo zapewne każdy z nich nosi w plecaku swoją artystyczną buławę. Jak z pozycji wieloletniego już doświadczenia scenicznego i pedagogicznego ocenia pan  stan naszego systemu  i sposobu   nauczania śpiewu solowego, a zwłaszcza jego rezultaty?
- Od roku 2000 ja również jestem członkiem tego stowarzyszenia. Mój dorobek to 21 lat na scenie, 1300 spektakli, 48 ról, 19 lat pracy pedagogicznej.
Nie potrafię wypowiedzieć się za innych, ale wierzę, że każdy członek rzeczywisty ma odpowiednie wykształcenie i uprawnienia pedagogiczne. Członkowie honorowi natomiast to zazwyczaj śpiewacy o wielkich karierach artystycznych, których autorytetu nie możemy podważać.
Chcąc się ustosunkować do słów wspaniałej Hanny Lisowskiej uważam, że tak jak w innych zawodach mistrz szkoli ucznia, tak samo jest w śpiewie artystycznym. Chociaż jestem też zwolennikiem teorii, że uczyć trzeba się nauczyć. Zasada ta potwierdza się przy tzw. naturszczykach – śpiewakach, którzy głos mają z natury i często prześpiewali całe życie, nie zastanawiając się jak?
Co do systemu szkolnictwa artystycznego - uważam, że występują tu podobne problemy jak wszędzie. Oczywiście, w stosunku do zapotrzebowania operowego produkuje się za dużo śpiewaków, ale czy każdy, kto skończy np. prawo jest sędzią?. Kiedyś w teatrze operowym było 30 solistów, teraz jest 13. Wiele teatrów ma charakter impresaryjny i bazuje na solistach gościnnych, co, jak uważam, jest wielką wadą w rozwoju i poziomie teatru. Wiek emerytalny śpiewaków został przesunięty z 50 lat na 65. Wyobraża pan sobie amanta 65- letniego uderzającego w konkury do 60 letniej amantki? To też blokuje drogę młodym, a pieniędzy na nowe etaty nie ma. Uczelnie, żeby przetrwać, muszą mieć odpowiednią ilość wydziałów, z tym wiąże się odpowiednia ilość pedagogów i studentów itd., itd… Uważam, że jest to nasz ogólnospołeczny problem.

- Nie chcę udawać naiwnego, który nie wie, że nie każdy może zostać śpiewakiem operowym. Jesteśmy jednak narodem poetów, lekarzy i śpiewaków. „Śpiewaków” – oddajmy im sprawiedliwość – jest znacznie mniej od „lekarzy” i „poetów”, ale za to są najgłośniejsi. Bywają prawdziwą zmorą wielu spotkań towarzyskich. Nie tylko wyznają zasadę –jak nie umiesz śpiewać pięknie, to śpiewaj głośno, ale także należą do kategorii „wykonawców” wywołujących samych siebie do wielokrotnego niekiedy bisowania. Niektórzy jednak śpiewacy „zastolni” zaskakują czystością i siłą głosu, dobrym słuchem i pamięcią muzyczną – czasami świetną techniką – a nierzadko wielką skalą głosu. Pojawiają się także i takie postaci jak  Paul otas – walijski sprzedawca telefonów komórkowych „odkryty” w telewizyjnym show „Britain’s Got Talent” czy nasz zaskakująco sprawny wokalnie Krzysztof Respondek, wprawdzie absolwent szkoły teatralnej, ale przecież nie zawodowy śpiewak operowy. 
            Co zatem w największym stopniu decyduje o tym, że ktoś staje się następcą Jana Kiepury lub Wiesława Ochmana – nota bene  absolwenta krakowskiej Akademii Górniczo Hutniczej?  Czy wrodzony talent czy też lata nauki i ćwiczeń? Czy można człowieka, któremu „słoń nie nadepnął na ucho” uczynić śpiewakiem operowym?
- Predyspozycje głosowe. To najważniejszy element do kształcenia wokalnego. Oprócz tego słuch i zdolności aktorskie, które świadczą o zasobach wnętrza przyszłego śpiewaka. Jest wiele osób o pięknych głosach, które nie są śpiewakami z różnych przyczyn. Jednak u tych, które się decydują kształcić głos, trzeba znaleźć naturalne walory. I u jednego będzie to piękna barwa, u drugiego niesamowita skala, u kolejnego biegłość, u jeszcze innego wolumen czy też muzykalność. Nauka śpiewu polega na tym, aby w oparciu o istniejące walory naturalne rozwijać dalsze. U jednych zajmie to mniej czasu, a u drugich więcej. Dlatego też zarówno Paul Potts jak i Krzysztof Respondek mają podstawy, aby iść w kierunku śpiewu artystycznego.
Co do pytania, czy człowieka, któremu słoń nadepnął na ucho można uczynić śpiewakiem - moja odpowiedź brzmi: po co szukać komuś głosu w pięcie, jak można innemu w gardle?

- Kino od swojego zarania, a więc od czasów, gdy było jeszcze niemową, interesowało się operą. Jednak filmy realizowane na podstawie oper, podobnie jak i opery wystawiane na scenach były i są przedsięwzięciami bardzo kosztownymi i dlatego zapewne nie powstało ich zbyt wiele.  W tym roku w mojej rodzinnej Łodzi kina: „etrop City” i „Silver Screen” zaproponowały coś pomiędzy filmem a żywym spektaklem. Są to sfilmowane spektakle czołowych europejskich scen. Jednej z tych prezentacji – noszącej tytuł „Cinemaestro”  patronuje Bogusław Kaczyński. Pod szyldem tej inicjatywy łodzianie mogli zobaczyć widowiska z londyńskiej „Rogal Metro Covent Garden”. Na ekranach „Silver Screen” oglądano między innymi zarejestrowaną w mediolańskiej La Scali operę „Maria etropo” Gaetano Donizettiego. Nie zabrakło „Aidy”, a przed nią jeszcze „Tristana i Izoldy” oraz „Don Carlosa”. Wszystko niby dobrze, podobnie jak z zapraszaniem na nasze sceny operowe wielkich gwiazd z całego świata, ale wiele spektakli z ich udziałem często nie wraca na sceny, a te „filmowe” prezentacje, a nawet żywe transmisje z nowojorskiej „Metropolita Opera” organizowane przez łódzką Filharmonię są jednak erzacem spektaklu – pełnokrwistego widowiska zbudowanego na żywej relacji między wykonawcami a widownią. Nie podważając poznawczego waloru, zwłaszcza tych „filmowych” prezentacji pragnę pana zapytać, czy nie dostrzega pan w tych działaniach z jednej strony pewnego marnotrawstwa, a z drugiej pewnego deprecjonowania własnych twórców i naszych scen operowych?
- Nigdy nie byłem zwolennikiem takich transmisji, owszem, lubię oglądać spektakle przekazywane na żywo, jeśli takie one naprawdę są. Robię to tylko ze względów poznawczych, analizując ich aspekt czysto techniczno – wykonawczy. Rzeczywiście, taki spektakl zawsze będzie namiastką przedstawienia pełnokrwistego, które często zostaje w pamięci tak długo, jak wspaniała twórczość malarza czy też poety. W tym wszystkim najbardziej irytuje mnie jeszcze porównywanie transmisji do żywych spektakli, często na niekorzyść tych drugich. Za tymi porównaniami idzie również zaniżanie ocen umiejętności własnych twórców i rodzimych scen operowych. I tu znowu problemem staje się pieniądz. Kina, chcąc zarobić, robią wszystko, by zdobyć widza. Prezentują więc i takie „operowe” zagraniczne produkcje. Niestety, my sami nie robimy nic, by tworzyć własną, konkurencyjną i oryginalną ofertę.. Tu wyjątkiem jest Opera Wrocławska, która zawsze raz w roku wystawia super produkcję w plenerze. Są to wspaniałe arcydzieła światowej literatury operowej. I chwała jej za to. Zresztą – i na rodzimym terenie spotkaliśmy się z taką inicjatywą. Bo przypomnieć tu trzeba Lato w Operze organizowane przez Filharmonię Koszalińską i trzy już wystawione opery: Toscę, Trubadura oraz Carmen, w której miałem zaszczyt wziąć udział. Wspaniały pomysł i cudowna publiczność. Gratulacje!.

- Nasza rozmowa odbywa się w okresie przygotowań do Świat Bożego Narodzenia.  Pani Małgorzata – pańska małżonka, również solistka Opery Nova, z którą tworzy pan niezapomniane duety – śpiewająca także w zespole „TRIM”, będzie miała zapewne sporo dodatkowych zajęć…
             Jak wygląda podział pracy w rodzinie tak bardzo aktywnej artystycznie i pedagogicznie? I jaki głos dominuje w domu pełnym śpiewu i muzyki? Czy mezzosopran czy może tenor? Bez względu na odpowiedź – życzymy pani Małgorzacie i panu świąt pełnych darów dla was, a także dla tych, którzy was podziwiają na scenie, bo i wy jesteście dla nich darem.  
- Podział pracy w naszej rodzinie jest bardzo konkretny. Żona ma przypisane gotowanie oraz porządki w kuchni i łazience, ja porządki w pokojach na dole, synowie porządki u siebie na górze. Tygodniowy dyżur z psem – raz Dawid, raz Łukasz. Wiosna i lato – koszenie ogrodu co dwa tygodnie – synowie. Żona – szkoła poniedziałek i środa, ja – uczelnia poniedziałek i wtorek. Oprócz tego – żona opera, a ja opera i teatr w Gliwicach. Dochodzą jeszcze występy gościnne, tak, że czasami nie wiem, jak się nazywam. W domu głównie ja śpiewam, a żona mówi, że się wstydzi, ćwiczy dopiero wtedy, kiedy mnie nie ma. Oprócz nas ćwiczy jeszcze Łukasz, który też chce być śpiewakiem. Najbardziej cierpi Dawid, który chce być informatykiem oraz pies Barni, który wyje jako czwarty…
            Dziękuję bardzo za wywiad oraz życzenia świąteczne. Ja również życzę panu i wszystkim czytelnikom wspaniałych Świąt Bożego Narodzenia oraz zdrowia i wszelkiej pomyślności w nowym 2010 roku.

Janusz Ratajczak – tenor - urodził się w 1962 roku w Szczecinku, gdzie ukończył Technikum Mechaniczne. Jeszcze przed studiami wygrał Ogólnopolski Konkurs im. Stanisława Moniuszki (Kudowa-Zdrój 83r.). Zdobyta na nim I nagroda okazała się decydująca dla dalszej kariery zawodowej. Ukończył Akademię Muzyczną im. F. Nowowiejskiego w Bydgoszczy w klasie śpiewu prof. Ireny Maculewicz – Żejmo.   Na V roku studiów zadebiutował rolą Franka w premierowym przedstawieniu opery „Flis”  S.Moniuszki wystawianym przez bydgoską operę. Po studiach wokalnych kształcił się jeszcze u wybitnego polskiego tenora i pedagoga prof. Romana Węgrzyna.
                Od 1 IX 1988 roku jest solistą Opery Nova w Bydgoszczy. Zaśpiewał około 1300 spektakli. W repertuarze posiada 47 ról scenicznych, z tego 35 pierwszoplanowych. Publiczności dał się poznać szczególnie w następujących rolach: Stefana w „Strasznym dworze” Moniuszki, Leńskiego z „Eugeniusza Oniegina” Czajkowskiego, Rinuccia w „Gianni Schicchi” Pucciniego, Paca w „Krótkim życiu” de Falli ,Ismaela w „Nabucco” Verdiego, Alfreda w „Traviacie” Verdiego, Hoffmanna w „Opowieściach Hoffmanna” Offenbacha, Don José w „Carmen” Bizeta  (Złota Maska 2000r.), Kamila w „Wesołej wdówce” Lehara, Su Czonga w „Krainie uśmiechu” Lepra, Fausta w „Mefistofelesie” Boito, Adama w ,,Ptaszniku z Tyrolu” Zellera, Manrica w „Trubadurze” Verdiego, Tassila w „Hrabinie Maricy”, Cavaradossiego w ,,Tosce” Pucciniego, Eisensteina w ,,Zemście nietoperza” Straussa, Turiddu w ,,Rycerskości wieśniaczej” Mascagniego, Manru w operze ,, Manru” Paderewskiego, Arlekina w operze ,,Cesarz Atlantydy” Ullmanna, Pinkertona w operze ,, Madame Butterfly” Pucciniego
                Artysta współpracował również z innymi teatrami w kraju, takimi jak: Teatr Muzyczny w Gliwicach, Opera w Krakowie, Teatr Wielki w Warszawie, Opera Wrocławska, Opera Bałtycka w Gdańsku, Opera na Zamku w Szczecinie i Teatr Muzyczny w Poznaniu. Dał się poznać na scenie Teatru Wielkiego w Poznaniu i Opery Śląskiej w Bytomiu. Występował wielokrotnie w repertuarze operowo – operetkowym w Danii, Beneluksie, Austrii, Włoszech, Francji, Niemczech i Szwajcarii.
                Janusz Ratajczak od wielu lat prowadzi także działalność pedagogiczną. W latach 1991-1992 był nauczycielem śpiewu solowego w Zespole Szkół Muzycznych w Toruniu. Od roku 1999 do 2002 był asystentem Wydziału Wokalno – Aktorskiego Akademii Muzycznej w Bydgoszczy. W latach 2004 –2009 był adiunktem w Instytucie Edukacji Muzycznej Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy. Od roku 1992 do 2009 pracował jako nauczyciel śpiewu solowego w Państwowej Szkole Muzycznej I i II st. w Inowrocławiu. Od 1 października 2009 r. jest adiunktem w stopniu dr. hab. na Wydziale Wokalno – Aktorskim Akademii Muzycznej w Łodzi.

Wasze opinie + Dodaj Komentarz
» Gość: dqnyaBxWgOdzliM, 2012-10-02 07:47:13
» Gość: uSXlhslycPxTgR, 2012-09-29 16:50:56

nasz kanał TV

E-Urząd

Ogłoszenia

Ogłoszenia

Forum dyskusyjne Pomorza Zachodniego

 

Pomorzezachodnie.pl
Dodaj do ulubionych
Poleć znajomemu
Ustaw jako startową



Nasz serwis odwiedziło
15505136
Gości

Kanał RSS Pomoc RSS
 
Copyright by` WTF Alfa Sp. z o.o. Wszystkie prawa zastrzeżone.
Korzystanie z serwisu oznacza zgodę na wykorzystywanie plików cookie, z których niektóre mogą być już zapisane w folderze przeglądarki. Nie pokazuj więcej tego powiadomienia