::. Pomorze Zachodnie .:: Dzisiaj jest
AUTO-ŚWIST
Strona Główna | Samorządy  :: Gminy  :: Miasta  :: Powiaty | Informacja Publiczna  :: Biuletyny BIP  :: Instytucje i Urzędy Państwowe  :: E-urzędy  :: Lokalne centra certyfikacji  :: Przetargi  :: Związki  :: Stowarzyszenia  :: Kościoły i Związki wyznaniowe  :: Uczelnie | Biznes  :: Gospodarka Morska  :: Rolnictwo  :: Transport  :: Komunikacja  :: Usługi  :: Motoryzacja | Kultura i Rozrywka  :: Książnice i Biblioteki  :: Muzea i Wystawy  :: Teatry  :: Kina | Nasz Region  :: Ludzie Regionu  :: Reportaże  :: Publicystyka  :: Wywiad z...  :: Wydarzenia  :: Sport  :: Media | Ogłoszenia | Turystyka i Wypoczynek | O nas | Hity Serwisu  :: Gorący temat |

Nowe Pomorze Zachodnie już za...

Zapraszamy również na pomorzezachodnie.tv-polska.eu

dni
godzin
minut
sekund
::. Szukaj w serwisie:   Po wyników
..:: Biznes ::..
Północna Izba Gospodarcza w Szczecinie
Ważne telefony
ZWiK Szczecin




..:: Instytucje ::..
Urząd Wojewódzki w Szczecinie
Urząd Miejski w Szczecinie
Komenda Wojewódzka Policji w Szczecinie
Urząd Miasta Świnoujścia

« Wstecz

Z RYSZARDEM ULICKIM rozmawia MAREK WAWRZKIEWICZ
śRoda 16 Luty 2011

               

Jubileuszowo o dziesięcioletniej historii ”Miesięcznika”,
ludziach z nim związanych i sposobach odpowiadania na pytanie:
A co ty zrobiłeś dla Polski?

z RYSZARDEM ULICKIM
rozmawia MAREK WAWRZKIEWICZ
 – poeta, pisarz, prozaik i krytyk literacki –
 Prezes Związku Literatów Polskich

 - Wielu ludzi – nie brakuje wśród nich pisarzy, prasoznawców, uczonych i samych dziennikarzy – twierdzi, że ukazujący się od dziesięciu lat „Miesięcznik” to swoisty fenomen.  W mijającej dekadzie na polskim rynku prasowym pokazało się  mnóstwo dzienników, periodyków, a także pism społeczno-kulturalnych, które przemknęły jak meteoryty i zniknęły, choć „stały za nimi” duże pieniądze, korporacje lub grupy interesów. Każda inicjatywa w dziedzinie mediów musi mieć jakiś początek, inspirację i  najmniejszy choćby kapitał wyjściowy. Jak to było w przypadku „Miesięcznika”?
- To, co powiem, zabrzmi banalnie. Początkiem naszej inicjatywy  wydawniczej były:   tęsknoty, marzenia i ambicje.
            Tęsknoty za  „Życiem Literackim”, „Literaturą”, „Problemami”, „Filmem”, „Kinem” oraz dziesiątkami gazet, dzienników , miesięczników i kwartalników zajmujących się profesjonalnie kulturą - za skupiającymi znakomitych dziennikarzy i krytyków działami kultury  w każdej prawie gazecie i w każdej rozgłośni radiowej.
            Kolejnym źródłem  inspiracji – jak już mówiłem – były marzenia. Marzenia o nie dającej się zepsieć i sprowincjonalizować  małej ojczyźnie, która  padła ofiarą  politycznych przetargów na administracyjnej mapie kraju i jako zawsze biedniejsza poniosła z powodu wielkiej transformacji  znacznie większe straty duchowe niż inne regiony Polski. Nie chcę nikogo epatować ani statystykami, ani  mało przyjemnymi faktami, ale przypomnę, że w końcówce istnienia województwa koszalińskiego działało na jego terenie kilkaset zespołów amatorskiego ruchu artystycznego.  Bardzo szybko  pozostało – chyba około setki. MIEĆ zaczęło wygrywać z BYĆ. Padały  coraz liczniejsze placówki upowszechniania kultury.  Na progach nowego ustroju zdechł system edukacji kształcący choreografów, teatralników, lalkarzy – całego zaplecza kadrowego domów i ośrodków kultury. Niewidzialna ręka kapitalizmu zmiotła ze sceny medialnej prawie całą prasę kulturalną i zaczęła się zabierać za teatry, orkiestry, muzea itp. Nigdy nie zapomnę tych szczecińskich urzędników i ciężarówek. Oni przyjeżdżali zabierać samochody po naszej infrastrukturze administracyjnej i kulturalnej, a te ciężarówy po meble i półki, a także księgozbiory.
             Kolejny filar tego szaleńczego pomysłu to ambicje – Marii i moje. Wyrastające z zarozumialstwa, poczucia misji i żądzy pewnego rodzaju władzy duchowej.

-Widzę, że zaczynasz żartować…
- I tak i nie. Bo te trzy motywy mogą być częścią składową  zjawiska, które nazywamy  „świrowaniem”rodzajem szaleństwa. I ty i ja wiemy, czym może być gazeta lub stacja telewizyjna służąca złej sprawie lub  politycznym interesom. Drugą stroną tego gorzkawego żartu jest straszliwie smutna konstatacja. Otóż wielu ludzi, nawet prominentów, pyta nas – po co wy to robicie? Przecież bez takiego niszowego pisemka świat będzie sobie bardzo dobrze radził. Nawet pies z kulawą nogą nie zauważy waszego zniknięcia. I, oczywiście, oni mają rację. Nie czytają, nie chodzą do teatru, na hasło Szymborska (mówią – Wiesława Szemborska) reagują pytaniem, z jakiej partii jest posłem, nowe krawężniki przed kampanią wyborczą cenią wyżej niż remont wiejskiego ośrodka kultury, kochają polskie seriale, a brazylijskie jeszcze bardziej, niektórym pisarz kojarzy się z pobytem w wojsku i tak dalej. A przecież nie przeszkadza im to brylować na większych lub mniejszych scenach życia politycznego i  publicznego.
            Jak nie żartować z własnego pomysłu, skoro zaczęliśmy go realizować bez pieniędzy. W co do dziś nikt nie chce uwierzyć. Wielu uważa, że za Ulickimi stoi wielka kasa. Starają się ustalić –  czyja. Kombinują jak koń pod górę. Może ruska, może post jakaś tam, może kościelna, wielkobiznesowa, ale musi być, skoro gazeta wychodzi. Czasem w postaci podwójnego numeru, bo nie starcza na dwa kolejne, ale wychodzi.

- Bez kapitału jednak, czyli bez pieniędzy, nie da się  wydawać nawet biuletynu wewnątrzzakładowego
- Naszym największym i jedynym kapitałem byli i są ludzie. To, co powiedziałem, brzmi jak stary slogan, ale to jest prawdziwa tajemnica naszego – będę tu nieskromny – sukcesu. Tym się różnimy od innych pism, że struktura naszego budżetu jest odwrotnością ich planów finansowych.  Mamy stałe koszty i wiemy, że musimy na nie wyszarpać, wyprosić, prawie wyżebrać pieniądze, a honoraria i inne koszty osobowe stanowią jedynie ułamek tego, co trzeba wyłożyć na jeden numer „Miesięcznika”. Nawet wielcy pisarze, publicyści i dziennikarze  piszą za wspólnie wypitą kawę lub także czasem wódeczkę. A przecież dobrych nazwisk – od  twojego zaczynając, poprzez Broniarka, Gąsiorowskiego, Izę Nowak, Walentynę Trzcińską czy Joannę Rawik aż do Longina Patusiaka czy innych profesorów    nie brakuje…Widzę, że sam się wpakowałem na grząski teren, jakim jest lista gwiazd naszego pisma, a wszystkich przecież nie mogę wyliczyć. Przypomnę, że samych postaci flagowych, tych z pierwszej okładki, z którymi robiłem wywiady, była już prawie setka.
            Wróćmy więc do kapitałów. Pismo żyje dzięki kilkunastu intelektualistom  zasiadającym na stolcach dyrektorów, wójtów, burmistrzów i prezesów oraz właścicieli prywatnych przedsiębiorstw. Nasi czytelnicy wiedzą, o kim mówię, bowiem reklamy ich firm lub sponsorowane strony  są i oby były jak najdłużej względnie stałym fragmentem każdego numeru. Reszta to nasz wysiłek rodzinny, ale to już nasza prywatna sprawa. Mamy – zabrzmi to zapewne patetycznie – poczucie obowiązku wobec kultury narodowej, bez której nie ma Polski i Polaków. Mamy świadomość skali i zasięgu naszego pisma, ale też wiemy, że największe budowle były i są sumą cegieł.

-Pomówmy zatem o owym zasięgu pisma,  jego czytelnikach – o adresach, pod które trafia i jego związkach z różnymi lokalnymi i krajowymi środowiskami kulturalnymi.   
-Każda jubileuszowa refleksja związana z „Miesięcznikiem” ma swoje białe i czarne skrzydło. Takie podejście  ma swoje „sekowskie” korzenie, zarówno w ocenie życia publicznego, jak zwłaszcza kultury, a także europejskiego życia umysłowego. (Żona i ja jesteśmy członkami elitarnego Stowarzyszenia Europejskiej Kultury (SEC) z siedzibą w Wenecji).
            Z tych metodologicznych przesłanek odciskających się na analizie historii pisma wynika pewien rodzaj rozczarowania. U źródeł poczęcia „Miesięcznika” legło między innymi nie w pełni potwierdzone przez praktykę czytelniczą przekonanie o pewnego rodzaju głodzie intelektualnym lokalnych i krajowych środowisk inteligenckich. Nam się zdawało, że takie pismo będzie się rozchodziło jak świeże bułeczki, a tak nie jest. Jednym z banalnych powodów jest rozziew między motywacją do zaspokajania głodu intelektualnego a głodu fizycznego dużej części spauperyzowanej inteligencji. Pismo nie jest drogie, ale dla wielu jest za drogie.  Horrendalnie kosztowny i równie nieskuteczny jest kolportaż  tego typu pism, które „giną” pod stosami wielkonakładowych periodyków najczęściej „repolonizowanych” i, o dziwo, mimo imponującej objętości i barwności dużo tańszych od naszego „Miesięcznika”.
            A „białe skrzydło”, które niesie nasze „dziecko” to ogromna satysfakcja z tego, co robimy i jak jesteśmy oceniani przez ludzi wybitnych, nieprzeciętnie zdolnych. Przez pisarzy, poetów, naukowców , nauczycieli, historyków, działaczy kultury i jej twórców. Pismo, choć nakład ma niewielki, dociera poprzez ludzi do wielu światowych stolic. Jest w naszym piśmie miejsce na informacje i recenzje, na filozoficzną refleksję, poezję, debiut literacki oraz na profesjonalną kulturę i sztukę. Towarzyszymy plastycznym plenerom i wernisażom, jako nieliczni w kraju zamieszczamy specjalistyczne artykuły z dziedziny kulturoznawstwa, etnografii i muzealnictwa. Otwieramy się na problemy mniejszości narodowych i naszych europejskich aspiracji. Chcemy być pismem dla ludzi zwykłych i niezwykłych – dla wszystkich myślących.   Ale urodziło się ono  na Pomorzu Środkowym i tu się co miesiąc odradza, zadając kłam teorii, że tylko w Warszawie, Krakowie i kilku innych metropoliach mogą powstawać tego rodzaju pisma
             Dzięki „Miesięcznikowi" Koszalin stał się miastem posiadającym pismo społeczno-kulturalne wysoko oceniane przez wybitnych prasoznawców i publicystów. Piotr Kuncewicz bardzo pozytywnie pisał o nim w koszalińskim „Almanachu”, a Krzysztof Teodor Toeplitz. – w publicznej dyskusji stwierdził, że jest ono ewenementem na skalę krajową. Wysoki poziom pisma oraz fenomen jego funkcjonowania został dostrzeżony przez środowiska wybitnych intelektualistów w kraju i zagranicą. Stało się przyjacielem i współpracownikiem Związku Literatów Polskich oraz coraz liczniejszych pisarzy i poetów polskich i zagranicznych związanych z „Warszawską Jesienią Poezji” oraz międzynarodową – wędrującą po całym świecie konferencją – „Słowo bez granic”.

- O skali oddziaływania i zasięgu „Miesięcznika”  decyduje także jego obecność w innych mediach, zwłaszcza tych najnowocześniejszych – elektronicznych. Jak to się odbywa?
- Odbywa się to w ten sposób, że„Miesięcznik” ma także swoje „drugie życia”. Na własny koszt utrzymujemy stronę internetową zawierającą nasze najważniejsze publikacje, artykuły i fotoreportaże. Znajdują one swoje odbicie w tysiącach informacji internetowych i linkach europejskich i światowych przeglądarek. Nasze recenzje - w większości pióra  Izabeli Nowak, propagują dorobek teatrów i środowisk aktorskich w prestiżowym internetowym magazynie teatralnym. Obecność „Miesięcznika” w Internecie sprawia, że wiedza o kulturalnych osiągnięciach Koszalina i całego regionu dociera bez przesady do dziesiątków krajów na całym świecie m.in. do Chin, Argentyny, Brazylii, Stanów Zjednoczonych, Kanady, Belgii Niemiec, Holandii, Rosji, Ukrainy, Litwy… Egzemplarze „Miesięcznika” znajdują się m.in. w bibliotekach: publicznych, Narodowej, Związku Literatów Polskich., uniwersytetów i uczelni humanistycznych, stowarzyszeń dziennikarskich itp. Pismo w ocenie wielu socjologów i prasoznawców stało się swoistą encyklopedią i kroniką kultury Pomorza i kraju. Jest ważnym źródłem informacji i coraz częściej stanowi materiał badawczy.

- Czy nie obawiasz się, że ta dążność do pewnego rodzaju wszechobecności prowadzi pismo do nadmiernego eklektyzmu?
-Jeżeli eklektyzmem jest dążenie do pokazania możliwie największego spektrum życia kulturalnego i umysłowego regionu i Polski, to niech „Miesięcznik” będzie eklektyczny. W tym tkwi siła każdego pisma niszowego. I tak długo go umacnia, jak długo ludzie  je tworzący mają zbiorową świadomość  istnienia granic, których nie wolno przekraczać. Po dziesięciu latach  ukazywania się pisma mogę ze spokojem powiedzieć, że tych wyznaczonych sobie jeszcze z niezastąpioną Jadwigą Ślipińską – jedną z chrzestnych matek „Miesięcznika”- granic nie przekroczyliśmy.  Od samego początku wiedzieliśmy i chcieliśmy uświadamiać  społeczeństwu i decydentom, że kultura to przede wszystkim ludzie.  Kiedy z pięknych budynków i pałaców kultury wyrzuci się lub wypchnie twórców i animatorów kultury, to te obiekty staną się szybko siedzibami banków lub tak zwanych „marketów”.  Dlatego granicami naszego eklektyzmu są ludzie i ich dzieła. Nota bene ludzie reprezentujący różne rodzaje intelektualnej aktywność.
            Dlatego każdy numer „Miesięcznika” otwiera obszerny wywiad z najwybitniejszymi przedstawicielami życia publicznego, politykami, duchownymi, działaczami samorządowymi,twórcami, ludźmi nauki, lekarzami, muzealnikami, aktorami itd. W prawie stuosobowym gronie naszych „gości z pierwszych stron” znaleźli się m.in. : Aleksander Małachowski, Leszek Moczulski, Mieczysław Rakowski, bp Ignacy Jeż, Krzysztof Teodor Toeplitz, Jerzy Szmajdziński, Irena Santor, Szewach Weiss, Piotr Kuncewicz, senator Piotr Zientarski, Don Wasyl Szmidt,  Ryszard Kurylczyk, Adam Marszałek, Marek Wawrzkiewicz, Krzysztof Gąsiorowski, Eugeniusz Kabatc, Grzegorz Wiśniewski, Roman Śliwonik, Janusz Kijowski, Jacek Bromski, Stanisław Gawłowski, Julian Sienkiewicz, dr Elżbieta Zinka, prof. Jerzy Hauziński, prof. Michał Dobroczyński prof. Włodzimierz Deluga, dr Roman Drozd, prezydent Koszalina Mirosław Mikietyński,, Wiktor Kamieniarz, Anatol Ulman, Jerzy Kalicki, prof. Leslie Baruch Brent, Marlena Zimna, Bogdan Gutkowski, Andrzej Słowik, Ewa Nawrocka, Agata Szymczewska, Rafał Janus, Jerzy Żelazny…
            Od początku w dwóch cyklach autorskich: „Z pomorskich albumów” (autorstwa Marii Ulickiej) i „Ludzie z pasją” (Izabeli Nowak) pisaliśmy  i piszemy o najbardziej twórczych  ludziach  regionu, całego Pomorza i kraju.   Tych sylwetek pokazanych w „Miesięczniku” jest już  prawie dwieście.
            Kolejną granicą naszego działania jest życzliwy choć nie bezkrytyczny stosunek do  ludzi, o których piszemy  oraz ich dzieł, które prezentujemy lub recenzujemy.
            Kończąc te dywagacje na temat eklektyzmu pozwolę sobie uczynić  ogólniejszą uwagę. Tak! Pismo jest eklektyczne lecz nasz eklektyzm ma swoje granice. Proszę mi jednak pokazać takie pismo, które publikuje wiersze najlepszych polskich poetów, prezentuje dorobek muzealników i etnografów (piórem Anny Mosiewicz), promuje młodych twórców , ale także nagradza regionalną gastronomię za wysoką sztukę kulinarną  comiesięcznymi  „Srenrnymi Widelcami” i  raz w roku wielkim widelcem wykutym przez utalentowanego kowala, którym jest Mieszko Majba z Ustronia Morskiego! Ten wielki widelec jest poszukiwanym trofeum dumnie eksponowanym przez najlepsze restauracje i hotele środkowego Pomorza. „Miesięcznik” przyznaje również swoje, także wykute przez wymienionego kowala artystę „Koszalińskie Drzewka Sukcesu” za najbardziej cenne i twórcze inicjatywy kulturalne, promujące Region w kraju i Europie.   

- Dziesięciolecie skłania do pytań o najważniejsze zdarzenia związane z powstawaniem, a potem ukazywaniem się  pisma…    
-W dopowiedzi na to pytanie będę się  trochę powtarzał. Najważniejsze były spotkania z ludźmi. Z uwagi na moją drogę życiową nie brakowało mi okazji do spotkań z ludźmi wielkimi i ciekawymi. Fotografowałem się, piłem kawę, wino i wódkę z wieloma wielkimi tego świata, żeby od sekretarza generalnego ONZ  zacząć. W związku z rocznicowymi rozpamiętywaniami, wspomniałem Jadwigę Ślipińską, która w latach wczesnej młodości Marii i mojej była  naszym dziennikarskim, ale także życiowym –  wielkim guru. Znakomity krytyk teatralny, animatorka kultury, jedna z założycielek legendarnego Teatru Propozycji „Dialog”.  W różny sposób i z różnym natężeniem szliśmy oboje jej tropami, a później obok i razem z nią. Do tego stopnia, że była pierwszym sekretarzem redakcji, a Maria została prezesem tego unikatowego w kraju i Europie teatru, który obchodził niedawno 50- lecie swojego istnienia. To też jest swoisty fenomen w polskim życiu teatralnym. Jadzia wywarła ogromny wpływ na kształtowanie się linii naszego pisma.
             Drugą ważną osobą w moim życiu był Mieczysław Rakowski, który darzył mnie wielką sympatią, a ja jego  wielkim szacunkiem On też był jednym z rodziców chrzestnych „Miesięcznika”. Ja się wychowywałem na „Polityce”, której był redaktorem naczelnym. Fascynował mnie  jego stosunek do zawodu dziennikarskiego i koncepcji wydawania swojego pisma. Odsyłam Czytelników do zamieszczonego w tym numerze  mojego wywiadu, który z kilkoma innymi został jubileuszowo przypomniany. Jego uwagi były szczególnie celne. Z jednej strony bardzo nas zachęcał, a z drugiej przestrzegał i, niestety, wiele z tych przestróg się spełniło. Włącznie z tą o słabej skłonności polskiej inteligencji do nabywania  adresowanego do niej pisma. Tego typu doświadczenie było udziałem niezapomnianego KTT – mojego przyjaciela Krzysztofa Teodora Toeplitza, który rzadko pisywał do „Miesięcznika”, ale był mi całe dotychczasowe życie niedoścignionym wzorcem dziennikarza- intelektualisty. Na ołtarzu polskiej prasy myślącej  położył swój „Przegląd Kulturalny”.
            Ważny wpływ na sposób mydlenia o piśmie i jego redagowaniu ma wielka grupa pisarzy i poetów spod różnych znaków i orientacji. Najliczniejsza ze Związku Literatów Polskich i SEC-u. Pismo nie ma czegoś, co można by nazwać zespołem doradców, ale wiele pomysłów i koncepcji uciera się w rozmowach, koleżeńskich spostrzeżeniach i recenzjach ujawnianych z najwyższą szczerością, zwłaszcza w czasie  miłych biesiad w Domu Literatury na Krakowskim Przedmieściu lub w koszalińskim lokalu redakcyjnym  przy ulicy Dąbka. Zawsze na końcu jest  twarda ręka Redaktor Naczelnej .
 
- Miałeś osiemnaście lat, gdy przekroczyłeś próg rozgłośni Polskiego Radia w Koszalinie i potem już z różną częstotliwością uprawiałeś dziennikarstwo, także prasowe. Ta dziennikarska przygoda trwa, jak łatwo policzyć,  prawie pół wieku i „rozpięta” jest w dwóch systemach  politycznych, społecznych i gospodarczych. Jakie miejsce w twojej  dziennikarskiej biografii zajmuje  „Miesięcznik” widziany z perspektywy nowego ładu medialnego?
-Byłem członkiem, a nawet drużynowym starszoharcerskiej drużyny dziennikarskiej, składającej się z trzech zastępów: radiowego, prasowego i fotograficznego. Moimi mistrzami, także harcmistrzami byli Irena i Tadeusz  Kwaśniewscy, wtedy młodzi, pełni zapału dziennikarze oraz Józef Piątkowski, legendarny fotoreporter ówczesnego „Głosu Koszalińskiego”, którego prawą ręką była zastępowa Sabina Brzezińska, obecnie Lutomska- znana radczyni prawna i długoletnia szefowa branżowej organizacji tego środowiska zawodowego, która zasłynęła obecnością na pierwszej stronie  wspomnianej gazety. Był to jej wiosenny portret z baziami podpisany  - „Na zawsze z Macierzą”.  Była to wspaniała i kształcąca przygoda.
            Potem faktycznie z różnym zaangażowaniem uprawiałem dziennikarstwo prasowe. Mój pierwszy większy artykuł  nosił tytuł „Koszalińska B.B” i był efektem współpracy autorskiej z innym moim mistrzem, obsypanym wówczas licznymi nagrodami dziennikarskimi (były wówczas takie), nieodżałowanym Zbyszkiem Michtą, także instruktorem ZHP, pełniącym przez pewien okres funkcję Komendanta Hufca. Artykuł dotyczył skomplikowanych relacji społecznych i kulturalnych  Białego Boru i, jak dobrze pamiętam, przysporzył mojemu promotorowi sporo kłopotów. Potem przylgnąłem do wiele już razy wspominanej Jadwigi Ślipińskiej i Antoniego Kiełczewskiego. Chlubiłem się szkolną znajomością ze Stefanią Zajkowską, Andrzejem Czechowiczem i innymi wspaniałymi  publicystami radia, prasy i telewizji. Miałem także mistrzów, dla których długo byłem całkowicie anonimowy – głównie związanych z „Polityką” „Przekrojem” i „Szpilkami”. Później  było mi dane wielu poznać, a  nawet  przyjaźnić się z nimi.  Zdarzyło mi się pisać do prawie zapomnianego „Pobrzeża” i być spory kawał czasu wydawcą i redaktorem  Informatora Kulturalnego „Bałtyk”, który był wcale niekiepską „protezą” pisma społeczno-kulturalnego. Wreszcie zostałem dyrektorem i redaktorem naczelnym Rozgłośni Polskiego Radia w Koszalinie. Z radia  zostałem – delikatnie mówiąc – wyrzucony na fali głębokich przemian nazwanych potem „transformacją”. Po latach spełniłem swoje  marzenia i wymyśliłem „Miesięcznik”. Gdyby nie moje poważne kłopoty zdrowotne, byłby dziś pismem dużo starszym. Przez jakiś czas byłem jego redaktorem naczelnym, ale z chwilą powołania mnie do Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, musiałem z tej funkcji zrezygnować i przekazać ją Marii, która szefuje pismu nie gorzej ode mnie. Wszystko zostało w rodzinie.
             „Miesięcznik” był i jest dla mnie bardzo ważnym doświadczeniem. Nie tylko dziennikarskim. Po raz pierwszy w życiu budowaliśmy pismo od początku. Tworzyliśmy jego wizję i organizacyjne warunki  wydawania. Maria  może z pewną przesadą powołała dla wydawania „Miesięcznika”  jednoosobową spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością, która wymaga odpowiedniego własnego wkładu finansowego i poddania się zgodnym z prawem handlowym rygorom prowadzenia księgowości. Musieliśmy się wpisać w nową rzeczywistość medialną z jej prawnym oprzyrządowaniem.  Było sporo przepychanek z biurokracją, która miała  zniknąć za sprawą  niewidzialnej ręki wolnego rynku, a nie tylko nie zniknęła, ale wręcz okrzepła. Powstawaniu pierwszych numerów towarzyszyła niesamowita atmosfera  entuzjazmu i radości. Pamiętam jak kartkowaliśmy pierwszy numer! Szukaliśmy dość długo  jak najlepszych i najnowocześniejszych warunków drukowania pisma. Szczęśliwie związaliśmy się w toruńskim Wydawnictwem Adam Marszałek, którego właściciel, jeden z największych w Polsce wydawców książek naukowych, stał się naszym przyjacielem, a także bywa czasem spolegliwym sponsorem, zwłaszcza wtedy, kiedy dopada nas bieda. Najważniejsze jednak było to, że udało się nam zgromadzić wokół pisma spore grono bezinteresownych entuzjastów, a wśród nich wielu wybitnych dziennikarzy, publicystów i  ekspertów. Nie mniej ważną i przesądzającą o losach pisma  była   nadzwyczaj przychylna reakcja czytelników, wybitnych  publicystów, krytyków, recenzentów  i samych twórców.

- Czytelnicy i przyjaciele „Miesięcznika” wiedzą, że w ciągu minionych dziesięciu lat  pismo dorosło do rangi sporej instytucji kulturalnej, która  organizuje, inicjuje i wyróżnia wiele osób, instytucji i imprez artystycznych. Słynny stał się na przykład wspomniany już „Srebrny Widelec”, którym  redakcja nagradza najwybitniejsze osiągnięcia w dziedzinie gastronomii, tak ważnej przecież w regionie rekreacyjno-turystycznym jakim jest Pomorze środkowe.
-To fakt, że obok „życia internetowego”,  którego przejawem jest  obecność „Miesięcznika” w kilkudziesięciu krajowych i zagranicznych portalach internetowych, redakcja poprzez swoją aktywność organizacyjną i kulturotwórczą wchodzi w relacje z wieloma instytucjami upowszechniania kultury, teatrami i muzeami. Jesteśmy obecni na krajowych i międzynarodowych imprezach. Nie tylko je recenzujemy, ale także współorganizujemy. Szczególnie cenimy sobie naszą współpracę z  Gdańską Wyższą Szkołą Humanistyczną, która w tym roku  weszła w nowy – wyższy etap swojej dotychczas bardzo pomyślnej działalności.
Byliśmy -wspólnie z Bałtycką Wyższą Szkołą Humanistyczną w Koszalinie i Gdańską Wyższą Szkołą Humanistyczną - współorganizatorem wielu seminariów  i spotkań literackich oraz konferencji naukowych Organizowane z tą drugą uczelnią i Związkiem Literatów Polskich literackie konferencje polsko-ukraińskie, których rezultatem są poważne naukowe publikacje, dobrze służą budowaniu nowych  relacji z naszymi sąsiadami i przyczyniły się do wzrostu zainteresowania polskich wydawców i tłumaczy współczesnym dramatem ukraińskim, poezją i literaturą.
            Kilka lat temu redakcja – jak  już zresztą wspomniałem –  ustanowiła swoje wyróżnienie pod nazwą „Koszalińskie Drzewko Sukcesu” przyznawane za inicjatywy kulturalne propagujące Koszalin i cały region pomorski w skali kraju i Europy. Laureatem tego wyróżnienia stał się głośny na całym świecie Festiwal Włodzimierza Wysockiego organizowany przez niestrudzoną popularyzatorkę jego twórczość doktor Marlenę Zimny. „Drzewko” otrzymał również  reaktywowany po latach Festiwal zwany dziś przeglądem „Młodzi i Film”.  Redakcja uhonorowała nim  także coraz głośniejszy w kraju i za granicą  festiwal „Integracja ,Ty i Ja” oraz  mający kilkudziesięcioletnie tradycje „Koszaliński Festiwal Organowy”, w którym udział biorą najwybitniejsi mistrzowie z całego świata.
            Zaś ten, wspomniany już wcześniej, unikatowy zupełnie „Srebrny Widelec” jest dorocznym uhonorowaniem comiesięcznych, bardzo subiektywnych ocen członków naszej redakcji, w postaci kolorowych dyplomów, które zdobią dziesiątki już  ścian, na których lokale gastronomiczne, zajazdy i hotele prezentują swoje wyróżnienia i nagrody.
            Jednym z bardzo ważnych rodzajów naszej aktywności jest także działanie na rzecz zachowania i rozwoju kultury Romów. Mamy zaszczyt współpracować z Muzeum w a Tarnowie, którego pracownicy naukowi  zamieszczają swoje artykuły na naszych łamach. Poprzez udział w pracach Europejskiego Towarzystwa Edukacji i Kultury Romów  aktywnie uczestniczymy w organizacyjnych i artystycznych przygotowaniach Światowego Festiwalu Kultury Romskiej, którego twórcą i niestrudzonym kontynuatorem jest wybitny artysta romski Don Wasyl Szmidt. Z tego między innymi powodu król Romów Nudzio Henryk Kozłowski nadał mi kilka lat temu tytuł Honorowego Wójta Cygańskiego. Ta  miła i niezwykła  nobilitacja jest także wyrazem uznania  dla mojej aktywności twórczej  na rzecz kultury romskiej. Jest dobra okazja, by się pochwalić, że w tym roku ukończyłem pracę nad librettem pierwszego cygańskiego musicalu „Jame Roma Sam” (Roma  żyje) do którego muzykę napisali: Don Wasyl Szmidt i Vit Gernand.
            „Miesięcznik” od wielu już lat stanowi ważny materiał źródłowy do badań naukowych – nie tylko prasoznawczych. Jest o bowiem specyficznym rodzajem kroniki kulturalnej szczególnie w tych dziedzinach, które nie trafiają na łamy, coraz mniej licznych kulturalnych czy literackich dodatków do dzienników, a zwłaszcza prasy codziennej. Nasi znakomici, wspomniani już felietoniści, że wymienię tu tylko wiernego nam od początku Zygmunta Broniarka i  najmłodszą stażem naszą nową koleżankę redakcyjną Joannę Rawik – w sposób nadzwyczaj perfekcyjny i atrakcyjny potrafią ześrodkować uwagę naszych czytelników na najistotniejszych i najciekawszych problemach i zjawiskach życia publicznego i  kulturalnego.

-Można by odnieść wrażenie, że to minione dziesięciolecie to jedno pasmo sukcesów i radości. Czy rzeczywiście tak było i jest?
-Jesteśmy obaj za starzy, by wierzyć, że tak mogą się toczyć losy pisma takiego, jak nasze, w którym nie ma gołych panienek, taniej sensacji i opluskwiania kogokolwiek.. Wystarczy, abyśmy przypomnieli sobie raz jeszcze, ile w tym czasie na polskim rynku prasowym powstało nowych pism i ile padło. Gdybym chciał ci opowiedzieć o kłopotach, przeciwnościach, a czasem ludzkiej złośliwości, to wywiad miałby 100 stron. Dlatego opowiadam o tym, co przy pomocy wielu wspaniałych i mądrych ludzi udało się „Miesięcznikowi” i nam, jego założycielom i wydawcom. Wiem, że brzmi to górnolotnie, ale to jest nasz sposób na realizowanie obywatelskiego obowiązku wobec  Polski i naszej kultury – już o tym zresztą mówiłem. To jest nasza  i naszych współpracowników   odpowiedź na pytanie:„A co ty zrobiłeś dla Polski?” Nasz wyraz wdzięczności za nie byle jakie życie, które nie było przecież łatwe , a czasem wikłało nas w trudne wybory. To wielkie szczęście, że możemy także w ten sposób, wchodzić w relacje ze światem, ludźmi kultury i sztuki i  - co najważniejsze –  mimo jesieni życia ciągle się  PRZYDAWAĆ.
                                                                                                          „Miesięcznik” IX/2010

Wasze opinie + Dodaj Komentarz
» Gość: QKEbOjeqlCukzPkwRWR, 2012-12-16 20:32:43

nasz kanał TV

E-Urząd

Ogłoszenia

Ogłoszenia

Forum dyskusyjne Pomorza Zachodniego

 

Pomorzezachodnie.pl
Dodaj do ulubionych
Poleć znajomemu
Ustaw jako startową



Nasz serwis odwiedziło
15505136
Gości

Kanał RSS Pomoc RSS
 
Copyright by` WTF Alfa Sp. z o.o. Wszystkie prawa zastrzeżone.
Korzystanie z serwisu oznacza zgodę na wykorzystywanie plików cookie, z których niektóre mogą być już zapisane w folderze przeglądarki. Nie pokazuj więcej tego powiadomienia